I trochę nie mam już tutaj co pisać. Normalna nigdy nie będę, to wiem i jakoś szczególnie ładna i zdolna też nie. To nie znaczy, że się nie staram, ale motywacja umarła jakoś w połowie drogi. Nie wiem, czy jestem szczęśliwsza. Może tak, bo teoretycznie mam sporo ludzi wokół siebie, którzy uważają mnie za kogoś "fajnego", a nawet podejmują ryzyko dzielenie się sekretami. Sekret za sekret - uczciwa wymiana. Pytanie tylko - na ile to wszystko trwałe? Ile wytrzymają te uśmiechy? Nie wiem. Ale wiem, że na razie wszystko się trzyma. Oprócz szkoły, bo tam jak zwykle często czuję się głupsza i jakaś taka pokraczna. Ale tak już chyba być musi, bo przez tyle lat, choć zmieniłam się na lepsze, niewiele dobrej karmy wróciło tak naprawdę. A już na pewno nie w sprawach rodzinnych, o nie, ale nie o tym dziś. Zastanawiam się, jak u licha ja potrafię śmiać się jak debil z największych bzdur pół dnia, kiedy jestem wśród ludzi, pocieszać ich, być świątynią optymizmu, ale po najmniejszej porażce od razu czuć się jak bezwartościowe gówno i powtarzać w myślach "ty mała, głupia kurwo"? Jak tak można? Dlaczego w dzień odruchowo moja twarz rozciąga się w irytująco radosnym grymasie, a nocami myślę o tym, że do związku z kimkolwiek takie coś jak ja się nie nadaje i płaczę w poduszkę? Skąd ja ten optymizm dla innych biorę, a dla siebie nie zostawiam?
Nie rozumiem. Zresztą, jutro idę do psychiatry. W ogóle to mam arytmię serce. Fajnie, nie? Napadową. I coś jeszcze. Potrzebuję leków. Chcę leków. Czuję się dziwnie. Nieswojo. Chyba kończę z tym blogiem, bo to bez sensu, ciągnąć to wszystko jak wóz z węglem.
Tak na wszelki - do widzenia!
wtorek, 15 września 2015
wtorek, 2 czerwca 2015
Nie wiem, jak się czuję
Chcę wyrzygać wszystko, co zjadłam.
Zawsze będę nie dość dobra, nawet, gdy osiągnę to, co chcę.
Bez sensu.
[EDIT] Godzina intensywnych ćwiczeń za mną - leżę spocona jak świnia, ale chyba warto. Inaczej bym zwariowała, siedząc.
Zawsze będę nie dość dobra, nawet, gdy osiągnę to, co chcę.
Bez sensu.
[EDIT] Godzina intensywnych ćwiczeń za mną - leżę spocona jak świnia, ale chyba warto. Inaczej bym zwariowała, siedząc.
czwartek, 21 maja 2015
Dobijalnia.
Jest stabilnie.Nie, cholera.. Niezupełnie. Zastanawiałam się, czy w ogóle tu wracać. Wróciłam.
Nie osiągnęłam zbyt wiele przez tyle czasu. Czy to dobrze o mnie świadczy? Raczej nie.
Kurwa, bardzo nie. Bo wiecie co? Był taki czas, że zrezygnowałam. Ale to był błąd. Myślałam "Chuj, i tak nikt nie pokocha takiego czegoś jak ja. Twarzy paznokciami nie zedrę." Głupie, nie? Ale naprawdę tak myślałam. Właściwie... myślę nadal. Ale spróbuję inaczej. Po raz tysięczny. Dla zasady. Bo znów gdzieś na dnie duszy się nienawidzę. A większość dni się śmieje, bo otaczają mnie życzliwi ludzie. Czego chcieć więcej, zapytacie...
No właśnie. Ja chcę więcej. Zawsze chciałam. Nadal chcę. Potrzebuję. Muszę mieć zdrowszy umysł i ciało... i kogoś na własność, kto będzie mnie tulił zanim zasnę.
Bilans: 785 kcal
[EDIT] Bilans piątkowy: 1000 kcal
niedziela, 18 stycznia 2015
Mobilizacja.
Czas na kolejną mobilizację. Odgrzebię stare zwyczaje żywieniowe choć trochę. "Unormowałam się", ale nie jest mi z tym dobrze. Skrajności. Ech.
Wszystko, co nie styka się z tym brudnym, mętnym światem tu na dole jest lepsze. piękniejsze i ciekawsze. Ale to też tylko moje zdanie.
PS. Zauważyłam, że ten blog z dietowego przerodził się tylko w moje wyżalania. Czas to zmienić? Być może.
Wszystko, co nie styka się z tym brudnym, mętnym światem tu na dole jest lepsze. piękniejsze i ciekawsze. Ale to też tylko moje zdanie.
PS. Zauważyłam, że ten blog z dietowego przerodził się tylko w moje wyżalania. Czas to zmienić? Być może.
sobota, 10 stycznia 2015
Intovertic mess.
Od poniedziałku do piątku żyję na waflach ryżowych, jogurtach, jabłkach + domowe obiady. W weekend pozwalam sobie na bułkę z szynką, odrobinę słodkości, ale z umiarem. Tylko tyle, żeby nie zwariować. Choć wariuję i tak. Stres, stres, stres. Szkoła mnie dobija. Nienawidzę zaciętych twarzy patrzących na mnie jak na niespełna rozumu, jak na trzęsącą się kupkę głupoty - bardzo nędzną i irytującą. A nauczyciele tak patrzą. Nie wszyscy, ale niektórzy. Dziś ładna pogoda. Znaczy się... Nie, nieładna dla reszty ludzi. Dla mnie czarne chmury i deszcz to piękna sceneria. Poszłam na spacer i wdychałam zapach mokrego igliwia. Wiatr smagał po twarzy i nogach, ale co tam. Kiedy się przejaśniło, między czernią wykwitły różowe smugi. Pięknie było. Wróciłam i znów mój introwertyczny tryb życia - czytanie, pisanie, rysowanie. Najlepiej mi tak.
poniedziałek, 8 grudnia 2014
Kill me, just kill me now.
Boże, czemu ludzie są tak popieprzeni. Kurwa. Czemu? Zjadłam 800-900 kcal i co z tego? Już nawet to mnie nie obchodzi. Chcę iść do szpitala, chcę żeby wypisali mi zwolnienie z życia... Mam dość. Naprawdę. Mam dość. Poddaję się, jeśli chodzi o moją rodzinę. Były próby? Były. Gówno wyszło. A teraz wina jest już tylko po jednej ze stron. I w dupie mam, co się stanie. Mają się pogodzić i mnie kurwa nie obchodzi jak. To nie moja mama jest wszystkiemu winna. Fałszywy obraz człowieka. Oskarżenia oskarżeniami, ale większość z nich nie ma podstaw. Na ogarnięcie to już za późno. Wewnętrzne patologie emocjonalne, A pierdoleni profesorowie w szkole też mi niczego nie ułatwiają. Przecież to normalne traktować kogoś jak autystyczne dziecko.
piątek, 5 grudnia 2014
Czy dni mijają, czy to ja mijam?
Ja nic już nie wiem. Wszystko jest popieprzone, jak było. Nieszczególnie się coś zmienia. A w każdym razie nie zauważam tego. No, poza tym, że jem codziennie mniej więcej równo 1200 coś tam kcal albo i 1300, ale to już za dużo. To pewnie w ogóle dużo, ale rozplanowane w 5 posiłkach aż tak nie straszy, poza tym jakoś wybitnie nie tyję, o dziwo. Chociaż tyle. Dzięki, Boże. Chociaż tyle... Bo w sumie ogólnie to nie zmieniłam się ani trochę i moje otoczenie też nie - takie odnoszę wrażenie. Okazjonalnie bywam zbyt wredna, ale kurczę.. z czegoś mi się ta wredota wzięła i nie sądzę, żeby to była całkowicie moja wina, o nie. Tego już mi nikt nie wmówi, a wmawiają wiele rzeczy. Zbyt wiele, żeby mnie to nie denerwowało. Zamknijcie mnie gdzieś, gdzie nie ma szkoły, problemów w rodzinie i zakichanych świąt, które znowu w tym roku będą nieudane. Bo to już za dużo szczęścia dla mnie, wiadomo. Nie zasłużyłam. Rozumiem.
niedziela, 9 listopada 2014
Hipotermia.
Co się ze mną dzieje ? Powiedz mi...
Co za demon we mnie drzemie ? Powiedz mi...
Na początek: byłam ostatnio u psychologa. Powiedziałam co powiedziałam i cześć. Jest trochę lepiej pod względem mojego obrazu siebie, ale gorzej pod względem wszystkiego innego. Niby dobrze, ale wcale nie. Ledwie zdążyłam odzyskać równowagę, burzą mi ją. Dziewczyna brata powiedziała, że mam obsesję. Paranoiczka - tak się teraz nazywam. Wiem, że przesadziłam. Wiem, że zbyt pochopnie oceniłam to i owo, ale to jeszcze nie powód.. A z resztą. Cholera. Pierdolcie się. Przepraszam, ale się pierdolcie. Jeśli wolicie obcą osobę zamiast mnie... Skoro jej łatwiej mówić miłe słowa, proszę bardzo. Fajnie, że to ta sama osoba, z którą kiedyś mnie coś łączyło, a teraz rzygam na jej widok. Naprawdę, bardzo kurwa fajnie. :) W rodzicach widzą tylko zło, we mnie teraz pewnie też. Bo przecież ja się "poniżam", "zachowuję jak niedojrzały gimbus" no i nie zapominajmy, że mam paranoję. A co poradzę, że mnie ta cała sytuacja dwóch obozów w rodzinie i wiecznych pretensji wewnętrznie rozpierdala? Jeszcze wciąż, mimo zaprzeczeń, nie mam pewności, co Ta Pewna Osoba ma do tego i czy w ogóle ma. Mam prawo podejrzewać. Mam prawo czuć się źle. Pierdolcie się. Kocham was, ale już nie wiem, o co chodzi mnie i wam. Nie wiem, o co komukolwiek chodzi. Dajcie mi święty spokój. Proszę.
Co za demon we mnie drzemie ? Powiedz mi...
Na początek: byłam ostatnio u psychologa. Powiedziałam co powiedziałam i cześć. Jest trochę lepiej pod względem mojego obrazu siebie, ale gorzej pod względem wszystkiego innego. Niby dobrze, ale wcale nie. Ledwie zdążyłam odzyskać równowagę, burzą mi ją. Dziewczyna brata powiedziała, że mam obsesję. Paranoiczka - tak się teraz nazywam. Wiem, że przesadziłam. Wiem, że zbyt pochopnie oceniłam to i owo, ale to jeszcze nie powód.. A z resztą. Cholera. Pierdolcie się. Przepraszam, ale się pierdolcie. Jeśli wolicie obcą osobę zamiast mnie... Skoro jej łatwiej mówić miłe słowa, proszę bardzo. Fajnie, że to ta sama osoba, z którą kiedyś mnie coś łączyło, a teraz rzygam na jej widok. Naprawdę, bardzo kurwa fajnie. :) W rodzicach widzą tylko zło, we mnie teraz pewnie też. Bo przecież ja się "poniżam", "zachowuję jak niedojrzały gimbus" no i nie zapominajmy, że mam paranoję. A co poradzę, że mnie ta cała sytuacja dwóch obozów w rodzinie i wiecznych pretensji wewnętrznie rozpierdala? Jeszcze wciąż, mimo zaprzeczeń, nie mam pewności, co Ta Pewna Osoba ma do tego i czy w ogóle ma. Mam prawo podejrzewać. Mam prawo czuć się źle. Pierdolcie się. Kocham was, ale już nie wiem, o co chodzi mnie i wam. Nie wiem, o co komukolwiek chodzi. Dajcie mi święty spokój. Proszę.
niedziela, 19 października 2014
Once upon a rainbow.
Doszłam własnie do ciekawych wniosków. Ogólnie mam wrażliwość człowieka jak najbardziej dojrzałego, (a nawet solidnie przejrzałego) ale cała reszta jest rozwinięta w równym stopniu, co mózg dziecka z podstawówki, które uderzyło się w głowę, gdy spadło ze schodów. Pewnie mam jakąś cholernie wielką dziurę w czaszce, przez którą wypływa mi zawartość śródmózgowia i od tego niechybnie głupieję. Może tak być. Zresztą, byłoby to dobrym wytłumaczeniem, dlaczego inni też tak twierdzą. Skąd wiecie, że nie mam mentalności chwiejnego, nierozgarniętego życiowo dzieciaka, który podejrzanie długo czuje się pokrzywdzony przez los, mimo iż powinien być bardzo, ale to bardzo szczęśliwy i wdzięczny za to, co mu Bozia dała? Ale niestety nie jest i tylko udaje, że jest fajny, bo tak naprawdę mało kto go za takiego uważa. Ale dzieciak postanawia mieć to dokumentnie w dupie. Poza tym pozbiera się jako tako i na nowo skurczy żołądek. Ostatni jadł różnie, więc niech cierpi. Cierpienie uświęca.
niedziela, 12 października 2014
Nie było mnie, a jestem.
Nie było mnie tutaj dwa miesiące i żyłam sobie swoim głupim, choć czasem znośnym i momentami radosnym życiem. Nawet przestałam przejmować się sobą aż tak, spychając to na drugi plan rzeczywistości. Może i psycha mi się wyleczyła, ale ciało nie. Dlaczego wróciłam? Bo dziewczyna mojego brata, niby to z ogromnej troski o mnie, napisała, "nigdy nie schudniesz". I po co to było? Dobrze, wiem. Jadłam "normalnie". Nieważne, że nie jadłam więcej, niż 1200-1300 kcal w przybliżeniu, a nawet jeśli sięgnęłam po coś mniej zdrowego, rekompensowałam to owsianką, owocami, kaszką, czymś zdrowym.Nie. Jestem świnią, która wpieprza, co popadnie. A skoro ona tak to widzi, to tak jest. I może ma rację, ale pisanie mi komentarzy, że ja oszukuję, że wcale siebie aż tak nienawidzę i ich wszystkich nabieram, żeby zwrócić na siebie uwagę czy coś... To przesada. Ale ona jest chuda, 3 kilo niedowagi, może mówić, co chce, a tłusty wieprz powinien słuchać i odstawić tą słodką kawę, która jest podwieczorkiem, a może kolacją.
Wróciłam, bo jestem beznadziejna, a za 5 miesięcy z kawałkiem osiemnastka. Świnia musi odejść od koryta. Choć mojej twarzy, która na jednym ze stu zdjęć wygląda mniej więcej dobrze i tak już nic nie pomoże.
A. I jeszcze jedno. Od jakiegoś czasu moja rodzina znów szaleje i pokłóciwszy się o pierdoły, nie jest w stanie się pogodzić. Brat i dziewczyna vs rodzice, czyli wzajemne odtrącanie wyciągniętej ręki. Mama płacze. Ja też płaczę, zanim zasnę. Nad mamą, nad sobą i nad wszystkim.
Ale przecież jest cudownie.
środa, 9 lipca 2014
Głosy w mojej głowie.
Stoję sama,
A za mną dziesiątki demonów
Zrodzonych z lęku.
Stoją tam,
Szczerzą swoje białe, podłużne kły
Gotowe do ataku.
Chcą mnie wykończyć,
Żerują na mnie.
Chcą mojego upadku,
Nie odpuszczą.
Gotowe wyłonić się z ciemności,
Będą się przypominały,
Gdy tylko o nich zapomnę.
poniedziałek, 30 czerwca 2014
Wszystko i nic.
Jestem dumna. Pomimo tego, iż planowałam nie jeść nic i tak udało mi się zmieścić w limicie. Koleżanka zrobiła mi jedzenie. Mogłam odmówić. I tak by nie posłuchała. Obawiam się, że uda mi się przetrwać tylko dwa tygodnie diety, bo potem jadę na tydzień do znajomych, a oni nie będą zbyt wyrozumiali, jeśli o jedzenie chodzi. Żadna wymówka, powiecie. Cóż, może i nie, ale jakoś nie widzę siebie mówiącej im: Dzięki za troskę, ale dziś na śniadanie jem wafla ryżowego"... A szkoda.
Bilans:
- pierniczek (58)
- 2 kromki chleba z serem, szynką i pomidorem (360)
razem: 418 / 500
Bilans:
- pierniczek (58)
- 2 kromki chleba z serem, szynką i pomidorem (360)
razem: 418 / 500
niedziela, 29 czerwca 2014
Próba małych kroków.
Dziś zjedzone: 750 kcal. Mniej, niż wczoraj. Jutro małymi kroczkami dojdę znów do 500, może zacznę ABC i będę żyć. Nie będę rzygać, obiecuję. Obiecuję ze skrzyżowanymi palcami. Będę żyć.
sobota, 28 czerwca 2014
Wszystko, co złe, wróciło.
Dzisiaj po raz pierwszy od... chyba roku znów rzygałam. Pozbyłam się tylko połowy kolacji, bo omal się nie udusiłam. To ohydne, wiem, ale z moją głową znów jest gorzej. Chcę wreszcie zaliczyć ABC. To ostatnia deska ratunku, bo nawet po rzyganiu wyjdzie mi dziś jakieś 1000 kcal... A ja wyglądam chyba gorzej, niż rok temu... Ostatnio jeździłam konno, ale efektu innego, niż ból mięśni póki co nie widzę. Ale to lato musi mi pomóc. Musi. Bo inaczej mnie czeka psychiatryk. Choć... pewnie i tak kiedyś się tak skończy. Głupia, smutna ja.
środa, 25 czerwca 2014
Nienawidzę. Nienawidzę. Nienawidzę.
To słowo, które tłucze mi się po głowie, kiedy patrzę w lustro. Co z tego, że ścięłam włosy, skoro wyglądam jak gówno? "Kiedy kobieta ścina włosy to znaczy, że zamierza zmienić swoje życie." Tak mówiła Coco Chanel. Ale moje życie jakoś ciągle tkwi w tym cholernym impasie... I nic się nie zmienia, poza ludźmi wokół. Ja świruję, naprawdę... Do szkoły już nie chodzę, bo po co? Siedziałam więc w domu i było mi smutno. Tak po prostu. Popatrzyłam w lustro i w pewnej chwili oczy nabiegły mi łzami. Tak po prostu. Patrzyłam i patrzyłam, aż bolały mnie oczy od tego widoku. Zaczęłam mówić sama do siebie, jak jakaś wariatka: "Wyglądasz jak gówno... Zobacz, zobacz jak wyglądasz! Pieprzona idiotka...." A potem szepnęłam: "Nienawidzę swojej twarzy..." i zaczęłam powtarzać jak opętana: "Nienawidzę, nienawidzę, nienawidzę!", wyciskając słowa razem ze łzami. Moje deklamacje zaraz utonęły w głośnym szlochu i żałosnym wyciu na krawędzi wanny z twarzą zasłoniętą rękoma. Rozmazywałam po twarzy resztki tuszu do rzęs, który tworzył na mojej jeszcze czerwieńszej i zapuchniętej twarzy czarne strumyczki. Starłam je rękawem i płakałam dalej przez dobre dziesięć albo więcej minut, aż zaczęło brakować mi powietrza. Wciąż mruczałam pod nosem "nienawidzę", jakby to miało być jakieś magiczne zaklęcie, które mogłoby mi pomóc. Dobrze, że nie biorę już do ręki żyletki, bo mogłoby się skończyć gorzej, niż przewidywałam.
Ale teraz wiem jedno. Jestem nienormalna i nie panuję nad swoimi emocjami. Biorąc również pod uwagę to, że dziś bardzo głupio zarobiłam mandat w autobusie, przez który, zobaczywszy jego kwotę też o mało się nie popłakałam przy tym cholernym kanarze. Za to popłakałam się z nerwów w domu. Nie wiem, dlaczego. Płaczę, kiedy się zdenerwuję. Płaczę, kiedy nauczyciel z mojego kochanego liceum na mnie krzyczy, albo... niekoniecznie krzyczy, ale daje do zrozumienia, że jestem głupim niedorozwojem. Płaczę, kiedy patrzę w lustro. Płaczę, kiedy przymierzam ciuchy w sklepie i po raz kolejny patrzę w lustro. Płaczę na filmach. Płaczę czytając. Płaczę, kiedy się modlę. Właściwie zawsze płaczę. Ale mam pewien sekret...
Robię to tylko, kiedy nikt nie patrzy.
Ale teraz wiem jedno. Jestem nienormalna i nie panuję nad swoimi emocjami. Biorąc również pod uwagę to, że dziś bardzo głupio zarobiłam mandat w autobusie, przez który, zobaczywszy jego kwotę też o mało się nie popłakałam przy tym cholernym kanarze. Za to popłakałam się z nerwów w domu. Nie wiem, dlaczego. Płaczę, kiedy się zdenerwuję. Płaczę, kiedy nauczyciel z mojego kochanego liceum na mnie krzyczy, albo... niekoniecznie krzyczy, ale daje do zrozumienia, że jestem głupim niedorozwojem. Płaczę, kiedy patrzę w lustro. Płaczę, kiedy przymierzam ciuchy w sklepie i po raz kolejny patrzę w lustro. Płaczę na filmach. Płaczę czytając. Płaczę, kiedy się modlę. Właściwie zawsze płaczę. Ale mam pewien sekret...Robię to tylko, kiedy nikt nie patrzy.
czwartek, 19 czerwca 2014
Gdyby szczęście było na wagę...
Miałabym go dużo. Ech, nieśmieszny żart. A tak całkiem poważnie... Mogłoby tak być. Moja mama potrzebuje szczęścia, a ma go już w sobie mało. Ja go czasem potrzebuję. Chociaż powinnam umieć sobie to szczęście i wdzięczność wytwarzać z każdym porankiem. Ale ja muszę to pochłaniać z otoczenia. Czasami mam za mało sił, aby być jak roślinka, która sama sobie wytwarza to, czego potrzebuje. Ale nawet ona nie przeżyje bez specjalnej troski i warunków. Tak jak ja nie mogę czasem przeprowadzić emocjonalnej fotosyntezy. I tak już chyba jest, no nie? Głupie rzeczy piszę ostatnio.
poniedziałek, 2 czerwca 2014
Naprawdę potrzebuję psychologa.
Gdybym tylko miała więcej pieniędzy... Leczenie u psychologa, tudzież psychiatry jest drogie... Zbyt drogie. Ale inaczej będę żyła jak dwulicowy cień wewnątrz siebie - radosny, beztroski dla świata, a tak naprawdę strzęp nerwów. Gotowy pomóc innym, borykającym się z tym samym, a nie umiejący poradzić sobie ze sobą. Boże, pomóż... Modlę się, żebym mogła choć raz zobaczyć w sobie to, czego nie widzę albo nie chce widzieć. Myśli żrą mnie żywcem. Dobrze, że dawno temu wyrzuciłam żyletki. Jak dobrze....
sobota, 31 maja 2014
Tourner dans le vide.
Obracam się w pustkę. W wolnym tłumaczeniu. I tak samo ze mną. W jednej sekundzie jest pięknie. jedno słowo. I już chcę zdechnąć. Staram się cieszyć drobnostkami, ale przytłaczam sama siebie. Nic nie pomaga. Pozytywizm umyka gdzieś, a ja nie mogę go złapać na tak długo, jak bym tego chciała. I tylko łzy w oczach. Chcę sobie pomóc. Nie wiem jak. Nie umiem. To za trudne.
wtorek, 27 maja 2014
Głosy w mojej głowie.
One chcą mnie zabić. Stare demony, a może nawet tylko jeden demon, powstały z martwych. Ale one przecież nie umierają. Nie pozbędę się ich. Nie chcę jutro jeść. Niby nie jem dużo. Niby jest ok. To czemu mam ochotę się pociąć? Nie zrobię tego, ale chciałabym. Znowu. Widzę ten obrzydliwy kokon tłuszczu, widzę paskudną, czerwoną od upału, spoconą twarz. Prosiak, myślę. Wyglądam jak świnia. I tak się czuję. Nie wyładniałam do lata. Nie jest dobrze. Ja przecież w ogóle nie powinnam jeść. Co ja sobie myślę... No co?? Będę tłusta do końca życia, choćbym nie wiem jak się starała i jak długo walczyła. Mogę sobie płakać w poduszkę. Nikogo to nie interesuje. A nawet jeśli... Co zrobią? Poślą mnie na leczenie? Nie umiem się głodzić, nie umiem rzygać, blizny mi się goją... Więc jestem zdrowa na umyśle, nie? Nie. Nikt, kto ma takie myśli nie jest zdrowy, kochani i to jedyna pewna rzecz. Nie obrażam nikogo. Mówię jak jest. Tyle. A moje głosy w głowie są nieznośne. Patrzę w lustro i nie mogę... Po prostu nie mogę. Mam chwilę, kiedy uda mi się zrobić zdjęcie - nie, nie tego grubego cielska - wiem, jak ono wygląda na zdjęciach, tylko twarzy, która piękna nie jest, ale da się zakryć ją kosmetykami, filtrami na Instagramie i odpowiednim kadrem. Sztuczki, żeby wyglądać ładnie chociaż na zdjęciach. Niektórych. Tylko na niektórych zdjęciach. Tylko czasem. Tylko nigdy - powiedzmy sobie prawdę. Ta ja ze zdjęć to nie ja - podrobiona, dobrze wykadrowana i ustawiona morda, która w odpowiednim świetle imituje ładną. Ale w rzeczywistości jest inaczej. W internecie każdy jest lepszy, bo może. A rzeczywistość boli.
wtorek, 20 maja 2014
Behind the masks, faces suffer loneliness.
Gdybym wiedziała, że ta osoba, która tak dużo się uśmiecha i żartuje, robi to tylko dlatego, że jest na psychotropach... Że regularnie odwiedza psychiatrę. Gdybym wcześniej wiedziała, że ja i podobni ludzie, których nie akceptowano i którzy zmagali się z niepewnością z uśmiechem przyklejonym do twarzy, pomagamy jej, że dzięki nam uśmiecha się szczerze, że jesteśmy jej lekarstwem... Gdybym się nie dowiedziała, nigdy bym nawet o tym nie pomyślała. Nigdy. To straszne, jak wiele ukrywamy. Jak wiele smutku czai się w ludziach, choć wyglądają na najszczęśliwszych pod słońcem... Ze mną jest tak samo. Znalazłyśmy się nie przez przypadek, bo przypadkowe znajomości nie istnieją. Być może mam być dla kogoś lekarstwem, skoro ktoś inny przestał być nim dla mnie?
Bilans: 540 kcal
Bilans: 540 kcal
Subskrybuj:
Posty (Atom)







