wtorek, 29 stycznia 2013

Chora na zewnątrz i chora w środku.

Chora. Tak opisuję mój aktualny stan. A raczej... mój stan, który jest wynikiem jakże chytrego i jakże nierozsądnego planu. Ale czy ja kiedykolwiek zachowywałam się rozsądnie? Nie sądzę. W każdym razie, jestem w domu... i jutro też będę. Dlaczego? Powód, który znają ludzie to jelitówka, którą rzekomo zaraziłam się od rodziców. Rodzice są chorzy - to fakt. Liczyłam, że się od nich zarażę, ale nic z tego. Mój organizm, jak zwykle, wie lepiej. Więc co zrobiłam? Opiłam się Xenną jak niemądra. Tak - skondensowany napój z trzech torebek w małej ilości wody załatwił sprawę. To nic, że przez prawie całą noc latałam do toalety i umierałam na ból brzucha, który odczuwałam tak mocno, jakby ktoś mnie w ten brzuch postrzelił... To nic, że miałam zawroty głowy i nie spałam. To nic, że przed chwilą wypiłam to drugi raz. No, przecież... mam być chora, prawda? To będę. Schudnę przy okazji. Albo przede wszystkim... Dziś przez cały dzień zjadłam pół bułki z masłem i miseczkę manny na wodzie z odrobiną mleka. To chyba jakieś... coś koło 500 kcal, tak myślę. Jak na razie to wszystko i nie zanosi się na więcej, zresztą w takim stanie nikt mnie przecież do jedzenia zmuszać nie będzie. Jak dla mnie to lepiej - przytyłam ostatnio. 2 kilo. Gdzie ja miałam głowę? Po jaką cholerę tyle wpierdalałam? ... i znowu te retoryczne pytania. Ale jedno mnie pociesza - po lekcjach podjechała do mnie E. z zeszytami i życzyła mi zdrowia. To miłe. Miłe, że ktoś od czasu do czasu o mnie pamięta... A teraz, wracam do łóżka jeszcze trochę poumierać.

sobota, 5 stycznia 2013

Go to hell, food!

Otóż dzisiaj zmuszona byłam na urodzinach koleżanki, które były po prostu luźnym towarzyskim spotkaniem w Mac Donaldzie COŚ zjeść. Z początku chciałam tylko kawę, ale każdy coś jadł i głupio mi się zrobiło, więc  po ich namowach wzięłam sobie (w moim mniemaniu) mniejsze zło - owocojogurt. Okazało się, ze byłam jedyną osobą z tak dziwnym posiłkiem, ale kiedy patrzyłam, jak reszta żre te hamburgery, nuggetsy, ociekające tłuszczem frytki... brrr! Nigdy w życiu! To by było dla mnie samobójstwo... Niestety, jak się później okazało podstępny Mac Donald's nawet w głupią latte (bez cukru!!) potrafi upchnąć 130 kcal, a w głupi jogurt aż 200 kcal! Myślałam, że się wścieknę! Nie wiem, co oni tam wsadzają, ale dietetyczne to, jak widać nie jest... No, lepsze w ostateczności, niż reszta tego śmieciowego żarcia, ale... Ale. Mogłam wziąć sałatkę... To by dopiero paradnie wyglądało - inni z burgerami a ja z sałatką... Trudno, stało się, Umrzeć, nie umrę, ale jakby tego było mało - rano przy śniadaniu chciałam zjeść tylko jedną połówkę bułki,a le mama powiedziała, że mam zjeść całą, bo potem znając życie prawie nic nie zjem na mieście (co zresztą było prawdą) i ... no znacie to zapewne. Zgodziłam się. A jakże. Nie umiem być asertywna, cholera... Ech. Przynajmniej nie jest więcej, niż 1000 kcal. Marne pocieszenie. Bilans:
- bułka maślana z masłem, kilkoma plasterkami szynki drobiowej i serem żółtym (520 kcal)
- jabłko (60 kcal)
- owocojogurt Mac Donald's (200 kcal)
- kawa latte Mac Donald's (130 kcal)
razem: 910 kcal

                                                                    
Mama, we all go to hell...