piątek, 30 listopada 2012
Nikt nie słucha.
Nikt nie słucha.
Czemu nikt mnie nie słucha? Za wiele wymagam? Odrobina uwagi, nic więcej! No,
błagam… To tak wiele? Ja jestem dla każdego zawsze i wszędzie, ale bardzo
niewielki procent tych ludzi chce poświęcać czas mnie. To pewnie straszliwe
marnotrawstwo. No, tak. Rozumiem. Czas dla mnie równa się czas stracony bez
sensu na słuchania głupiej idiotki użalającej się nad swoim nieudacznictwem i
wymyślonymi na poczekaniu problemami nieszczególnie wielkiej wagi. Patrząc na
to z tej perspektywy, to rzeczywiście bez sensu. Tym niemniej nawet idioci
czasem chcieliby być wysłuchani – taka kolej rzeczy, moi kochani… Ech. Ludzie
popadają w paranoję na moim punkcie, a ja ich zdaniem jestem „przewrażliwiona”.
Często ostatnio to słyszę. A więc się przewrażliwiłam, tak? Ciekawe… choć
całkiem logiczne. Nadwrażliwość, jak i przewrażliwienie od dawna leżą w mojej
naturze i nie ma w tym nic dziwnego. Nie lubię jednak, kiedy stwierdza to ktoś
inny… zwłaszcza tonem lekceważącym. Zupełnie, jakby przewrażliwienie było
podobne do kataru i dało się wyleczyć aspiryną! A przecież to nie jest tak…
Przewrażliwienie robi w mózgu bardzo niedobre rzeczy. A nikogo to nie obchodzi.
A ja czuję, że robię się coraz bardziej bezużyteczna i życiowo niezaradna.
Coraz mniej umiem zrobić sama, coraz mniej CHCĘ zrobić sama, bojąc się, że nie
będzie tak, jak być powinno… To dziwne. Nie lubię tez sama chodzić po ulicy.
Boję się. Ludzie nie są godni zaufania. Przekonałam się o tym i to w dodatku
wielokrotnie. Lepiej siedzieć w domu. No, właśnie… Doszłam do wniosku, że
jestem nie tylko przewrażliwiona, ale też na dodatek całkowicie i dogłębnie
wewnętrznie sprzeczna. No, bo nie lubię generalne przebywać z ludźmi jako
ogółem i z jednej strony wolę być czasem sama, bez tego motłochu, ale z drugiej
wiem, że jest mi on potrzebny, czy tego chcę czy nie i bez ludzi trudno mi
funkcjonować, przez tę życiową niezaradność właśnie. Jestem od nich, że tak
powiem uzależniona i nic z tym nie zrobię. Z ludźmi – źle, bez nich – tez źle,
jak nie gorzej. No, śmieszne po prostu… I bądź tu, człowieku mądry! A, mimo
wszystko mam takie dni, kiedy to nic, tylko zamknąć się gdzieś i świata nie
widzieć. O. Idealnie. Szkoda, że tak nie można… No, szkoda.
czwartek, 29 listopada 2012
No to jestem w domu.
Mama nie puściła mnie dzisiaj do szkoły, bo w nocy dwa razy kursowałam do toalety, a nad ranem co najmniej ze trzy. Xenna jednak działa. Ja tam jestem zadowolona, bo przynajmniej opróżniłam się ze zbędnego jedzenia. A że brzuch boli? No trudno... Coś za coś. Było nie żreć. Duży plus tej sytuacji jest taki, że mogę dziś w zasadzie nic nie jeść i będzie mi to przez rodziców wybaczone.Zresztą, szczęśliwie nawet nie mam apetytu po tej rewolucji żołądkowej. Obudziłam się półtorej godziny temu, zdążyłam już wypić kubek rumianku i czerwoną herbatę z limonką. No i ani trochę nie chce mi się jeść! Miałam w planach zjeść małego tosta z masłem, ale... skoro nie chce mi się jeść, to po co? Jak mama wróci i tak da mi miseczkę zupy z cukinii, a to całkiem pożywne jedzonko. Porcja tej zupy, to jak obliczyłam ok. 150 kcal, więc jeśli rzeczywiście zjem tylko ją, to będzie bardzo piękny bilans. Ale to się jeszcze okaże. Nie mów hop, póki nie przeskoczysz... Swoją drogą, ściągnęłam sobie kilka odcinków "Wiem co jem" i byłam w szoku, kiedy dowiedziałam się, że pączek ma prawie o połowę mniej kcal w 100g, niż chipsy! Sądziłam, że mają jakoś porównywalnie, a tu proszę... Ten program jest naprawdę wartościowy. Ech, no nic... Idę zrobić jakąś inną herbatkę i wracam do łóżka, póki mogę. Muszę pouczyć się na jutrzejszy WOS - mam sprawdzian. Ach, kochana polityka!
środa, 28 listopada 2012
Umieram.
Mój brzuch wariuje. Zaraz eksploduję, jak nie wyrzucę z siebie tego cholernego żarcia! Zaparzyłam sobie Xennę z dwóch saszetek na małą ilość wody. Może coś da... Wiem, że powinnam dla porządnego efektu zaparzyć ze 4, ale pije pierwszy raz w życiu, więc tak ostro nie ma co zaczynać. Tym niemniej... cholera jasna! Po co mi były te dwa pierniczki w czekoladzie i kromka razowego do zupy?! Po co był rządek czekolady?! Pytam się, na cholerę mi to było? Za dobrze już szło, no nie? Przekroczyłaś limit, grubasie, to teraz masz... Jak mawiają: "cierp ciało, coś chciało". No. To sobie pocierpię. Oby ze skutkiem...
wtorek, 27 listopada 2012
O suszonych owocach i wiedzy historycznej...
Dzisiaj był dziwny dzień. Dziwny, bo... no sama nie wiem. Po prostu był. Na polskim zaczęliśmy omawiać "Dywizjon 303" i miałam wreszcie okazję się choć trochę wykazać. Byłam zaskoczona, jak duże braki w historycznej wiedzy mają moi koledzy i koleżanki. No, żebym ja im notatki z lektury poprawiała to już szczyt wszystkiego! Z kolei na wuefie... jedynka. Zgadnijcie za co? Za rzut piłką lekarską! Pani nagle się przypomniało, że posiada jakąś cudaczną peerelowską tabelkę, według której powinna nas oceniać... Ech... Rzuciłam chyba coś koło 4,80 m. Za mało nawet na dwóję. Według "mądrej" tabelki, oczywiście - jakże by inaczej. Szczęściem w nieszczęściu, E. rzuciła o 10 cm bliżej ode mnie, więc mamy jedynki razem. Zawsze jakieś pocieszenie. Zamierzamy to poprawić, ale wątpię, żeby się udało - za słaba na to jestem. Nigdy nie potrafiłam dobrze rzucać, a co dopiero teraz... Jeszcze te blizny cholerne na udzie mnie bolą...
Dzisiaj odkryłam także dobroczynne właściwości suszonych owoców. Po powrocie z hiszpańskiego miałam ochotę coś przegryźć i pewnie byłoby to coś słodkiego, gdyby nie apetyczne, suszone jabłuszka na stole. Zjadłam kilka plasterków, głód minął, a mam tę świadomość, że zjadłam coś zdrowego i nie przekroczyłam limitu. :) No, idealnie. Chyba zadbam o to, żeby w domu zawsze były jakieś suszone owoce... A oto bilans:
- jogurt naturalny (100g) z otrębami orkiszowymi o smaku śliwki (140 kcal)
- mandarynka (40 kcal)
- sałatka Fit & Easy z mozarellą i pomidorami (281 kcal)
- kilka plasterków suszonego jabłka (ok. 35 kcal)
razem: 496 kcal + godz. wuefu w szkole
Dzisiaj odkryłam także dobroczynne właściwości suszonych owoców. Po powrocie z hiszpańskiego miałam ochotę coś przegryźć i pewnie byłoby to coś słodkiego, gdyby nie apetyczne, suszone jabłuszka na stole. Zjadłam kilka plasterków, głód minął, a mam tę świadomość, że zjadłam coś zdrowego i nie przekroczyłam limitu. :) No, idealnie. Chyba zadbam o to, żeby w domu zawsze były jakieś suszone owoce... A oto bilans:- jogurt naturalny (100g) z otrębami orkiszowymi o smaku śliwki (140 kcal)
- mandarynka (40 kcal)
- sałatka Fit & Easy z mozarellą i pomidorami (281 kcal)
- kilka plasterków suszonego jabłka (ok. 35 kcal)
razem: 496 kcal + godz. wuefu w szkole
poniedziałek, 26 listopada 2012
Krwawię ja i blizny moje...
Krwawimy razem. Bo tak raźniej. Gdyby tak rzucić błyskotliwie cytatem: "Krwawię, cicho żyjąc, żyję cicho krwawiąc"... Chciałabym, żeby ktoś poza N. o tym wiedział... Ona robi to samo, w dodatku od pięciu lat... Nie widzi w tym ani krztyny szaleństwa, słodkiego obłędu, magii uzależnienia... Ach, sypię epitetami jak z rękawa. Ludzie mnie o to nie podejrzewają. Są ślepi. Jak zwykle... Moje nieudacznictwo rozjebało mnie wewnętrznie... Wybaczcie tą bezwartościową notkę. Jutro napiszę o jedzeniu i takich tam... Teraz nie mam już siły. Wybaczcie...
niedziela, 25 listopada 2012
"I nie wódź nas na pokuszenie..."
Słysząc dziś ten fragment modlitwy w kościele, uświadomiłam sobie, jakie ma on dla mnie znaczenie. Dotarło do mnie, że tylko ja odbieram te słowa w jakiś szczególny sposób, podczas, gdy inni powtarzają je bezmyślnie. Bo ja naprawdę błagam Boga, żeby odsunął ode mnie te pokusy. Błagam, żeby dał mi siłę. I zdaje się, że dziś moje modlitwy zostały wysłuchane. Po obiedzie mama postawiła przede mną puszkę z ciastkami. Piękne, pachnące, idealnie poukładane maślane cuda, które zdawały się wołać "zjedz nas! zjedz nas!". Patrzyłam na nie otępiała. Byłam już o krok od sięgnięcia po jedno, kiedy w moich myślach zabłysnęło jasno i wyraźnie "NIE". Odwróciłam wzrok, dopiłam kawę i wyszłam. Teraz siedzę sobie z kubkiem herbaty o smaku maliny i kardamonu i cieszę się, że wreszcie byłam sama dla siebie asertywna. Dzięki Ci, Boże. Boli mnie każdy mięsień od ostatnich ćwiczeń... Dzięki Ci, Boże. Wczoraj powlokłam sobie grubą, wełnianą kołdrę i położyłam ogromną poduszkę. Od wczoraj łóżko jest moim drugim domem - źródłem kojącego ciepełka i uspokajającej miękkości. Miejscem oderwania od rzeczywistości. Ostoją. Dzięki Ci, Boże... Po trzykroć. Dzisiejsze jedzenie:
- serek wiejski lekki (100g) z pomidorem i chrupkie (110 kcal)
- kawa śniadaniowa z cykorią (2 kcal)
- 2 pulpeciki, 2 łyżki ziemniaków i kiszona kapusta (365 kcal)
razem: 477 kcal
- serek wiejski lekki (100g) z pomidorem i chrupkie (110 kcal)
- kawa śniadaniowa z cykorią (2 kcal)
- 2 pulpeciki, 2 łyżki ziemniaków i kiszona kapusta (365 kcal)
razem: 477 kcal
sobota, 24 listopada 2012
Kupiłam chrom.
Wreszcie kupiłam sobie chrom. Pół opakowania, bo na całe nie było mnie stać... Ach, uroki życia... Ale 40 tabletek to i tak coś - staczy na dłużej, niż miesiąc przynajmniej. Zacznę brać od poniedziałku, kiedy ogarnę się na 200%. Mam nadzieję, że on mi w tym pomoże. Podobno przyczynia się do spadku wagi i reguluje przemianę cukrów w organizmie, przez co nie chce się jeść słodyczy ani podjadać między posiłkami. Myślę, że da to jakiś rezultat, jeśli będę do tego mało jadła i ćwiczyła bardziej regularnie. Muszę wreszcie ruszyć dupsko i zrobić coś z tą cholerną wagą! Sama jestem sobie winna, że dotychczas niewiele się zmieniło, ale nie mogę się poddawać. Nie mogę, dopóki nie osiągnę postawionych sobie celów. Rzucam samej sobie trzytygodniowe wyzwanie! Od poniedziałku do końca przyszłego tygodnia max 500 kcal, następny tydzień 400 kcal i potem 300 kcal, z ewentualnym przedłużeniem. Zrobię na blogu kalendarzyk brania chromu, żeby zawsze pamiętać i kontrolować jak długo już biorę. Teraz już nie mogę zawalić. Jeśli zawalę, będę musiała się ukarać. Może to mnie zmobilizuje... Muszę samej sobie postawić sytuację jasno - zeżresz coś niepotrzebnego, to się potniesz, grubasie! Potniesz się dwa razy głębiej i dwa razy boleśniej, niż ostatnim razem i koniec.
"Wytrwasz..." - szepcze mi Ana. Teraz jest miła i słodka, bo chce, żebym wróciła całkowicie na dobrą drogę, a nie tylko biegła niezdarnie po jej krawężniku, co chwila spadając... "Musisz wytrwać!" - jej głos staje się ostry, jak te żyletki, które chowam w kosmetyczce... "Wytrwasz, bo ja Ci tak karzę, pokraczna góro tłuszczu!" - wrzeszczy. "I nie ma, że boli, świnio! Ma boleć! Ma boleć, rozumiesz?!" Niezdarnie potakuję. Cóż innego mogę zrobić? To ona tu rządzi. To ona jest królową. Ja tylko jej nadwornym sługą, opasłym pucybutem Jej Wysokości Any. Ale to się zmieni. Zobaczycie. To się zmieni. Przyrzekam. Po raz kolejny - PRZYRZEKAM.
środa, 21 listopada 2012
Przed żyletką dziś nie ucieknę.
Na pewno nie. Zbyt wiele rozczarowań jednego dnia. Znowu: porażki, jedzenie, porażki, jedzenie... I tak w kółko, aż do obłędu. Cholera jasna. Jedzenie z powodu porażki, porażka z powodu jedzenia. No, tak... Świrnięty człowiek to i z błędnego koła zrobi kwadrat. Czy ja nad tym kiedyś zapanuję, powiedzcie mi? Bo już sama nie wiem, czy to całe "motylkowanie" przez jakiś czas, a potem jedzenie pod wpływem impulsu, by ukoić nerwy ma jakiś sens... Niby jakoś strasznie nie tyję (zazwyczaj nie więcej, niż kilogram - półtora, który potem jakoś schodzi), ale dyskomfort psychiczny mam duży. Ogromny wręcz... Wraz z huśtawką emocjonalną idzie w parze huśtawka konsumpcji - jak jest dobrze, to jest, ale jak źle... to już tragedia. Na obydwu frontach, że tak powiem. Poza tym, szkoła mnie dobija. Z każdym dniem czuję się głupsza i głupsza, jakby mi tego jeszcze brakowało... Pomimo nauki i korepetycji, zgadnijcie na ile zaliczyłam próbny test gimnazjalny z matematyki? Na 31%... Procent powyżej absolutnego minimum i drugi najgorszy wynik w klasie. Świetnie.W zeszłym roku miałam 56%. Czyżbym aż tak zgłupiała przez rok? Może ja się już cofam w rozwoju...? Wszystko możliwe. Tępa jestem. A spojrzenia ludzi nadal mnie bolą. Ta bezwstydna ocena od góry do dołu. Brr... Nie jestem eksponatem, mnie się nie ogląda... Chce się odciąć. Chcę, żeby nie było ludzi wieczorem na ulicy, chcę, żeby nikt na mnie nie patrzył dłużej, niż to konieczne albo najlepiej wcale. Naprawdę, oglądać nie ma co...
Dziś zjedzone: jakieś 1000 kcal - mniej lub więcej... żałość bierze.
Society, crazy indeed...
I hope you're not lonely, without me.
I hope you're not lonely, without me.
wtorek, 20 listopada 2012
Geneza wariactwa i nie tylko...

„Może wariaci to tacy ludzie, którzy wszystko widzą tak, jak jest, tylko udało im się znaleźć sposób, żeby z tym żyć.” No właśnie. Może. Może wariatem jestem ja? Ba, na pewno.Tak w ogóle, to aż niepojęte, jaka każdego dnia jestem zmęczona! Jakbym nie spała kilka dni albo więcej. A przecież śpię. Dużo śpię, bo to jedyny moment, kiedy mogę odpocząć, rozluźnić się, zapomnieć o świecie i rozkoszować się snem oraz rozmaitymi wytworami mojej głowy. To może wydawać się śmieszne, ale pierwszą myślą po wstaniu z łóżka jest, aby kolejny dzień po prostu nawet nie przeżyć, lecz przeegzystować i znowu pójść spać. Bez sensu, nie? Ale tak jest. Ostatnio budząc się mam bardzo dziwne uczucie, zwłaszcza wtedy, kiedy pobudka przerywa sen. To takie... uczucie odrealnienia... no nie
wiem, jak to nazwać... Zastanawiam się, skąd to coś się wzięło i czy ma zamiar zostać na dłużej. W sumie byłoby kolejnym dziwactwem do kolekcji, obok rozmów z Aną w mojej głowie, cięcia się i początków fobii społecznej czy nie wiem tam czego. Może nawet nie początków. Już dawno stresowała mnie obecność niektórych obcych ludzi, zwłaszcza w moim wieku. Wystarczyło ich dziwne spojrzenie czy uśmiech, bym zaczęła przypuszczać, że śmieją się ze mnie, że zaraz zaczną coś komentować i że najlepiej, gdybym była już w domu. Taka mała paranoja. Pewnie ma swoją genezę już w podstawówce, kiedy bałam się wychodzić na przerwy, bo starsi mnie zaczepiali, szturchali i przezywali. Mieli ze mną nie mały kłopot nauczyciele, bo kiedy chcieli mnie wyprowadzić z klasy na korytarz, zaczynałam się szarpać, płakać i próbowałam przekonać ich, żeby mnie zostawili w klasie, a kiedy to nie działało, musieli znosić fakt, że chodziłam za nimi krok w rok lub stałam pod drzwiami klasy. Bo się bałam. Te wszystkie śmiechy, spojrzenia... nadal to pamiętam. Chyba od tego się zaczęło... Miałam przecież tylko 7 lat, a już zdążyli mnie zastraszyć, no brawo! Ludzie to jednak paskudne stworzenia. I ponoć tylko wariaci są coś warci. Cóż, chciałabym w to wierzyć... Moje dzisiejsze jedzenie:
- chleb razowo-owsiany z żółtym serem, szynką z indyka i pomidorem (180 kcal)
- jabłko (60 kcal)
- chleb na maślance i żurku z białym serem (150 kcal)
- zupa pomidorowa z trzema łyżkami ryżu (175 kcal)
razem: 565 kcal - szału nie ma...
poniedziałek, 19 listopada 2012
Gąsienica zeżarta przez strach.
Czuję się jak mała, gruba gąsienica w ohydnym kokonie, skryta przed światem, nieśmiała, wiecznie czekająca na cudowne przeobrażenie w motyla... Na przemian tracąca nadzieję i ją odnajdująca, by ponownie ją stracić... Mała, puchata gąsieniczka z nerwicą. Tak... To takie wzruszające, czyż nie? Ale gąsieniczka nie może się nad sobą użalać i wzruszać, choć namiętnie lubi to robić, bo inaczej wciąż będzie siedziała w kokonie, bojąc się wyjść do świata. Do wielkiego świata - zbyt wielkiego dla małej gąsieniczki, drobnego, życiowo nieudolnego stworzonka, które wiecznie potrzebuje pomocy, nawet, jeśli wcale jej nie chce. Zbyt się boi, by samodzielnie funkcjonować. A co jeśli nigdy nie otworzy kokonu? Co jeśli nigdy z niego nie wyjdzie? Cóż, na wieki pozostanie brzydkim robalem... Dobra, koniec przypowieści o gąsienicy. Co u mnie? Po staremu. Ani w tą, ani w tą. Nic się nie rusza. Z wagą tak samo. Nie wiem, czy się cieszyć, czy nie. Z jednej strony nie utyłam po ostatnim obżarstwie, ale... mogło być lepiej. Mea culpa. Jak zawsze. Na dodatek czuję, że tracę kontakt z osobami, z którymi wcale tego kontaktu tracić nie chcę... Ostatnio miałam długą rozmowę z przyjaciółką. Dowiedziałam się kilku nowych rzeczy o sobie, albo raczej... uświadomiłam sobie, że staczam się coraz bardziej. Nieświadomie zamykam. Zresztą, zobaczcie co napisała: "Cały tydzień się nie odzywasz, ciągle nie masz od września czasu się spotkać, a teraz jeszcze boisz się wychodzić i po prostu mnie to irytuje". Irytuje, tak...? Cóż... Przyjaźń ze mną to nader trudna rzecz... Mało kto potrafi ze mną wytrzymać. Każda "przyjaźń", jaką pamiętam sypała się jak domek z kart. Nie chcę, żeby teraz też tak było... Czy to moja wina, że do reszty wariuję i samotność, mój dom, mój pokój stały się jedynym synonimem bezpieczeństwa? Od pewnego czasu boję się sama wychodzić. Jeśli chodzi o dojazd autobusem do szkoły, to nie jest tak źle, bo mama i tak upiera się, żeby odprowadzić mnie na przystanek, a autobus podjeżdża tuż pod samą szkołę i w samej szkole też niezgorzej, bo wszystkich ludzi znam, ale... już nigdy nie pójdę sama na spacer. Nigdy. Zbyt wielu ludzi mnie zaczepia, śmieje się, szturcha. Jestem bezbronna. I nienormalna prawdopodobnie. Łatwo mnie zastraszyć. Zbyt łatwo. Ech... życie. Co dziś zjadłam?- pół szklanki mleka 1,5% z płatkami Mlekołaki (175 kcal)
- jabłko (60 kcal)
- 2 kotlety z kaszy jęczmiennej i gotowana kapusta kiszona (230 kcal)
- 3 łyżeczki serka waniliowego Jana (30 kcal)
razem: 495 kcal + 2 godz. siatkówki w szkole
wtorek, 13 listopada 2012
Niech szlag to wszystko trafi!
Dlaczego ja do cholery nic nie robię, tylko żrę?? Żrę jak świnia! Cały czas! Boże... jestem największą chodzącą porażką... Nienawidzę się! Nienawidzę, a co śmieszniejsze... nadal jem! Coś wewnątrz mówi mi, żebym jadła i jest głośniejsze od Any. I to jest złe. Okropne! A ja nic z tym nie robię... Nic tylko położyć się i umierać. Najlepiej kurwa z kubłem lodów!! -.- Nienażarte prosię... Wybaczcie, ale wrócę tu, kiedy się ogarnę. Nie jestem godna, żeby być tu z Wami... Przepraszam...
wtorek, 6 listopada 2012
Bum. Jutro wycieczka.
Nie wiem, po co to "bum" w tytule, ale jest fajne, więc niech zostanie. Ładnie tam wygląda. Bardzo na miejscu - odwrotnie, niż ja. Ja rzadko kiedy jestem "na miejscu"... Jutro jedziemy z klasą na wycieczkę do Poznania. Kawałek drogi, ale nie aż tak... Ujdzie. Przynajmniej mój plan może się powieść... Plan o niejedzeniu, oczywiście. Tak, jestem cholernie uparta i muszę wreszcie się przegłodzić no... Czuję gdzieś głęboko taką potrzebę... Uznałam, że wystarczy, ze się wymknę bez śniadania, albo jak już kiedyś robiłam - będę niepostrzeżenie wypluwać kęsy kanapki. Może i to jest trochę... niesmaczne, ale z pewnością nie bardziej, niż wymioty, których unikam. Próbowałam rzygać trzy razy w wakacje i powiem szczerze, że mnie się to zwyczajnie nie opłaca... Nie umiem tego robić. Tylko ten ostatni raz wyszedł jako tako, ale do kibla poszła baaardzo mała cząstka tego, co wtedy zjadłam, a siedziałam w łazience z 40 minut... Akurat nikogo nie było domu. Mimo wszystko, to jednak nie dla mnie. Wolałabym już przeczyszczenie albo nie jeść nic następnego dnia. No, w każdym razie jutro rano jakoś dam radę (mam nadzieję) a potem już powinno być łatwo - zabiorę dużo picia (wodę, kawę w termosie i colę light), kanapki wyrzucę alb komuś oddam, a na miejscu nie będę żarcia kupować nigdzie, także już z górki będzie... Brzmi to zbyt optymistycznie, wiem, ale może się uda. Może. Najwyżej zjem jakieś mikroskopijne śniadanko w granicach 100 kcal i potem już nic... Zobaczymy. No, a poza tym... hm... na wuefie dostałam 4. Z biegania. Jestem generalnie przeciętniakiem, jeśli chodzi o sport. Bardzo przeciętnym przeciętniakiem. Ale przywykłam. Chociaż teoretycznie idzie mi lepiej, niż kiedyś, ale nadal słabo. Cóż, na więcej chwilowo mnie, jak widać, nie stać i już. W szkole miałam też krótką, aczkolwiek... niezbyt ciekawą rozmowę. Pewna osoba przyuważyła mój plaster na udzie w przebieralni, przed wuefem... No i padło pytanie "Znowu się tniesz?", na co ja spuściłam głowę i mruknęłam "Tak...". Dostałam prostą odpowiedź - "Idiotka." Słusznie. Idiotka. Jestem idiotką. Wiem. Wiem, cholera... I na razię nie umiem tego zmienić. Jak wielu innych rzeczy... Co dziś zjadłam?- jabłko (60 kcal)
- zupę kapuścianą (80 kcal)
razem: 377 kcal - jest dobrze, nawet bardzo. Pociesza mnie to.
poniedziałek, 5 listopada 2012
Każdy ma swoją prywatną szajbę.
"Każdy ma jakąś swoją prywatną szajbę. Jak się z nią włazi w paradę zbyt wielu ludziom, mówią na niego wariat."
Tak... Zaczęłam dziś od cytatu z "Ptaśka" Warthona, którego teraz czytam. Zaczęłam z mieszanymi uczuciami, ale im więcej odnajduję cytatów takich jak ten, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że to jednak nie takie głupie, jak sądziłam. Prócz tego... Wczoraj wieczorem znów się cięłam. Nie mogłam wytrzymać. Ta wściekłość na samą siebie aż we mnie kipiała... no i musiała znaleźć ujście. Znalazła. Niestety... Ech. Ja już się chyba zaczęłam przyzwyczajać do tego konkretnego rodzaju bólu... ot, przejedziesz żyletką - poboli, przestanie. Co w tym strasznego? Otóż, właśnie fakt, ze dla mnie to normalne. Jak w cytacie - to moja główna prywatna szajba, oprócz maniakalnej chęci bycia chudą. No, ślicznie. Ale przynajmniej diety dziś nie zwaliłam. Przynajmniej coś pozytywnego. Poćwiczyłam też na wuefie - półtorej godziny gry w siatkę powinno coś dać, przynajmniej na dzisiaj. A teraz bilans:
- płatki Frutina (30g) z mlekiem 1,5% (213 kcal)
- Activia do picia brzoskwiniowa z ziarnami (145 kcal)
- 6 miętowych Tic Taców (12 kcal)
- kromka chleba 7 ziaren z białym serem (130 kcal)
co nam razem daje piękne i równiutkie: 500 kcal ;) zaczynam odzyskiwać nadzieję i wracać do dawnego rytmu...
PS. Na wagę rzecz jasna rano nie weszłam. Tchórz. Spróbuje jutro. Może nie będzie tragicznie... Oby.
Tak... Zaczęłam dziś od cytatu z "Ptaśka" Warthona, którego teraz czytam. Zaczęłam z mieszanymi uczuciami, ale im więcej odnajduję cytatów takich jak ten, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że to jednak nie takie głupie, jak sądziłam. Prócz tego... Wczoraj wieczorem znów się cięłam. Nie mogłam wytrzymać. Ta wściekłość na samą siebie aż we mnie kipiała... no i musiała znaleźć ujście. Znalazła. Niestety... Ech. Ja już się chyba zaczęłam przyzwyczajać do tego konkretnego rodzaju bólu... ot, przejedziesz żyletką - poboli, przestanie. Co w tym strasznego? Otóż, właśnie fakt, ze dla mnie to normalne. Jak w cytacie - to moja główna prywatna szajba, oprócz maniakalnej chęci bycia chudą. No, ślicznie. Ale przynajmniej diety dziś nie zwaliłam. Przynajmniej coś pozytywnego. Poćwiczyłam też na wuefie - półtorej godziny gry w siatkę powinno coś dać, przynajmniej na dzisiaj. A teraz bilans:
- płatki Frutina (30g) z mlekiem 1,5% (213 kcal)
- Activia do picia brzoskwiniowa z ziarnami (145 kcal)
- 6 miętowych Tic Taców (12 kcal)
- kromka chleba 7 ziaren z białym serem (130 kcal)
co nam razem daje piękne i równiutkie: 500 kcal ;) zaczynam odzyskiwać nadzieję i wracać do dawnego rytmu...
PS. Na wagę rzecz jasna rano nie weszłam. Tchórz. Spróbuje jutro. Może nie będzie tragicznie... Oby.
niedziela, 4 listopada 2012
Niech mnie szlag trafi! Błagam...
Żałosna. Tyle mogę teraz o sobie powiedzieć. Co gruba świnia robiła w dni wolne? ŻARŁA! Jak to świnia ma w zwyczaju... Czemu ja marzę o chudości, skoro przy każdej okazji żrę? Czemu ja w ogóle marzę? Mnie nic się nie należy. Absolutnie nic... Dobra, nie mogę się wiecznie nad sobą użalać, choć jak widac to właśnie wychodzi mi najlepiej... Mówię sobie: "Zapomnij. Jadłaś 2000 kcal dziennie zamiast 200 i trudno. Było, minęło. Za-po-mnij." Ale sama siebie nie słucham... Bo Ana mówi mi co innego. Mówi... nie, nie mówi - ona krzyczy. Wrzeszczy na mnie: "Ty opasła idiotko! Spójrz, co narobiłaś! To tak mnie szanujesz?! Żrąc ile dusza zapragnie?! Jak ci nie wstyd, grubasie! Utyjesz! Zobaczysz... Utyjesz!" I tak w kółko. Znienawidziła mnie. Całkiem zrozumiałe. Ja też siebie nienawidzę. Już od dawna, ale teraz jeszcze bardziej... Nie wiem, czemu tyle jem... Może dlatego, ze ciągle byłam w gościach, u rodziny, albo ktoś u mnie był... I mama upiekła ciasta, tatuś kupił lody, koleżanka sięgnęła po ciastko, więc ja też, a jakże... i tak to szło. I zbierała się kaloria do kalorii... Mam za swoje. Pierdolony grubas. Te napady mnie wykończą... Od jutra MUSZĘ, po prostu muszę się ogarnąć i nie ma innej opcji. Nie zostawię Any, nawet jeśli coraz bardziej się od niej oddalam. Ona wciąż jest ze mną, tylko strasznie mnie teraz nienawidzi. Zmienię to. Obiecałam jej. Od jutra (ach, jak nie cierpię tego sformułowania -.-) będzie nie więcej, niż 500 kcal - czyli tak jak być powinno. Ciekawe, co rano waga pokaże... Boję się... Amen.czwartek, 1 listopada 2012
Z kawą o poranku...

Uff... Nareszcie wróciłam do normy... i do Any rzecz jasna. :) Moim dzisiejszym śniadaniem była kawka z niepełną łyżeczką cukru (zwykła kawa + cukier daje nam jakieś 17 kcal) a potem herbata. Przede mną tylko obiad, a więc nie sądzę żebym zjadła dziś więcej, niż 200 kcal. :) Po wczorajszym fatalnym 1300 kcal muszę się naprawdę ogarnąć, ale czuję, że dziś mam wyjątkowo dobrą formę. ;) Chodząc po cmentarzach przy okazji trochę spalę... Mam nadzieję, że pod grobem babci się nie rozkleję, jak ostatnio... Ech, życzcie powodzenia. Trzymajcie się! ;*
Subskrybuj:
Posty (Atom)


