niedziela, 22 grudnia 2013

Ogólnie jest zajebiście, tylko w szczegółach tkwi beznadzieja.

Stosunki między ludźmi i tak nie układają się, jak należy. Tylko pierwsze dwa tygodnie cechuje jakiś dynamizm, potem ludzie przestają być dla siebie interesujący. Maski odpadają im z twarzy i ujawniają się ich prawdziwe oblicza : szajbusów i debili, istot obłąkanych i mściwych, sadystów i morderców. 



Ogólnie to nie wiem za bardzo, co ze sobą zrobić. Jem po 1000 kcal dziennie jakoś, śpię, rysuję, robię zdjęcia i rozmyślam. Sensu większego w ty nie widzę, ale cóż. Mam w głowie mnóstwo postanowień noworocznych, tylko zastanawiam się, czy wreszcie ruszę dupę i coś z nimi zrobię... Chciałabym. Wszystkim, którym coś we mnie wiecznie nie pasuje chciałabym tak ostatecznie pokazać, co mogę zrobić, jeśli coś mi się nie podoba. Mogę się zmienić. obiecywałam sobie tyle razy, a teraz czuję taką... chęć działania. Ogromną. Większą, niż kiedykolwiek. I nawet zrobiłam sobie ładne zdjęcie, o! Czuję się nie tak brzydko jak zwykle. Tylko w tych pierdolonych szczegółach mojego psującego się charakteru i faktu, ze nie wiem, czego chcę tkwi ta tytułowa beznadzieja.

sobota, 21 grudnia 2013

Arystokratka czy jednak nie?

Zrobiłam sobie test osobowości na Enneagramie. Głupie? Może. Ale skłoniło mnie do tego moje ostatnie zachowanie. Nastrój zmieniający się z minuty na minutę... Raz myślenie o kimś dobrze, a potem potem nagle zimna pogarda. Myślę sobie, halo, coś jest nie tak... Raz się śmieje, a za chwilę czuję się jak tykająca bomba zegarowa... Tulę ludzi, a potem mam ochotę ich uderzyć. Co jest, cholera? Muszę zrobić sobie od ludzi przerwę. Nawet najmniejsza doza krytyki powoduje mi nieprzyjemny ucisk w żołądku i czuję jakąś absurdalną wściekłość, nawet jeśli byłby to ktoś bardzo mi bliski. Podejrzewam, że to osobowość borderline, ale to stwierdziłby tylko psychiatra. A tam się, póki co nie wybieram, choć wiem, że powinnam. W Enneagramie wyszła mi osobowość "Arystokrata". Opis w 90% zgodny i wyraz zdziwienia na mojej twarzy. Pewne fragmenty pasowały idealnie: "Może być towarzyska i posiadać duże poczucie humoru. Chce być kreatywna i potrzebna światu. Posiada intuicję, jest ambitna, może mieć dużą wyobraźnię i być bardzo utalentowana.", "Gdy jest w stresie, często się zachowuje inaczej publicznie, a inaczej prywatnie. Może np. nie ujawniać publicznie, wśród znajomych, żadnych swoich uczuć, a następnie iść do domu i samemu bardzo przeżywać np. fakt życia w samotności. Może też np. być bardzo rozrywkowa i sumienna w pracy i jednocześnie być nieszczęśliwa prywatnie z powodów problemów miłosnych. Przywiązuje uwagę do tego jak wygląda, czuje się źle z powodu niedostatków urody." i na koniec "Cele stara się osiągać poprzez zazdrość, zemstę lub potrzebę dowiedzenia innym, że są w błędzie." Dokładnie tak. Jota w jotę. Straszne, nie?

wtorek, 10 grudnia 2013

Szkoła mnie kiedyś zamęczy.

Serio. Umrę w szkole normalnie. I pochowają mnie w schowku na szczotki, ot co. Nie mam siły już. Rzuciłabym to w cholerę najchętniej... Dobrze, że w czwartek jadę na wycieczkę do Berlina, odpocznę ciut. Tylko jak z jedzeniem będzie to nie wiem.
Bilans: 300 kcal

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Tak bardzo mnie nic nie obchodzi.

Nic. Totalnie. Wewnątrz mnie przewala się na przemian, złość, smutek i frustracja. Znów źle spałam. Myślałam o tym, że nigdy już nikt mnie nie pokocha, bo ja się do tego zwyczajnie nie nadaję... Że moja była miłość-niemiłość znajdzie kogoś, a ja zostanę jak zwykle jak ta życiowa sierota. Niby już po części mam to w dupie, ale serce mówi, że nie całkiem. Wciąż wspominam i mnie boli łatwość, z jaką się wszystko posypało. Kurwa, nie tak miało być... Bezsensownie rozpamiętuję, a najlepsze jest to, że widząc tę osobę mam ochotę jednocześnie rzucić się w ramiona, wtulić i zapytać, czy możemy być razem raz jeszcze i równocześnie wykrzyczeć w twarz "Gówno mnie obchodzisz, nie rozumiesz?!". I jak to połączyć, co? No jak? Może powinnam poprzestać na tym, że to nieważne... Problem w tym, że nie umiem już być przyjacielem. Umiałam być dziewczyną. A że zostałam znów zdegradowana do tej mniej znaczącej roli, zamiast zachować dobre relacje, mogę je zepsuć, bo robi się ze mnie wredna suka. Przeszłam z jednej skrajności - bycia najukochańszą na świecie, do bycia podłą szmatą, która ma wszystko głęboko gdzieś. No, prawie wszystko... Nawet szmaty gdzieś tam czują. Nawet grube szmaty...
Bilans: 500 kcal (w weekend miałam małe napady, muszę odrobić)

czwartek, 5 grudnia 2013

Marzenia się nie spełniają.

Marzenia się spełnia. Usłyszałam to ostatnio gdzieś i wlazło mi do głowy... W sumie... jakby nie patrzeć do prawda. Marzenia same się nie spełnią, nie? Trzeba im pomóc wyrzeczeniem i determinacją. I to właśnie robię. Najlepiej jak umiem. Szkoda tylko, że wróciła bezsenność... Przewalam się z boku na bok przez godzinę, dwie... A rano też budzę się przed czasem i szczelnie owijam kołdrą. Któregoś dnia miałam piękny sen... Byłam w nim chuda, miałam krótkie włosy z grzywką (o których marzę), tunele... Pasowały na mnie wszystkie ubrania, jakie mi się podobały. A przede wszystkim... w tym śnie byłam odważna.
Bilans wczoraj: 460 kcal
Bilans dziś: 350 kcal

wtorek, 3 grudnia 2013

Nic nie znaczące to coś.

Zapomniałeś hasła do paru serc i kont
Odkop tę znajomość, spróbuj to połączyć w trop
Pogadanki zostaw, do czynu przejdź i... 
Nie zamykaj drzwi, nie...


Zmęczona i rozdrażniona. Wszystkim. Przepraszam, czy ten tydzień można przespać? Nie? To się pieprz, świecie. Mam cię w głębokim poważaniu... I ty - osobo, która miałaś ze mną być na zawsze, a teraz proponujesz "przyjaźń z przywilejami"... wiesz, gdzie sobie tę propozycję możesz wsadzić. Wysiadłaś z przedziału to stój w korytarzu, a nie w połowie drzwi. Nawet w pociągach są zasady. 
Bilans: 345 kcal


poniedziałek, 2 grudnia 2013

I powiesz mi, że tak naprawdę nic się nie stało...

Już dotarło do mnie, że mam przyjaciela, a nie miłość. A może to "niemiłość"? Może to tylko była przygoda... Może. Nie wiem. Wiem, że jednak nie pociągnę ABC, bo ogólnie stwierdziłam, że nie lubię tych dietowych ograniczeń, czuję presję i jakoś idzie mi gorzej, nić gdy wiem tylko, że nie chcę wyjść poza 500 kcal. I na tym będę bazować. Póki co jest super. Nawet nie myślę o słodyczach. Piję sobie zieloną herbatę i rozgrzewam oziębłe ciało. A wiecie, jaki mnie dotknął paradoks? Mój kolega jest od dwóch dni w szpitalu. Ma anoreksję. Nie miał siły wstać z łóżka... Wychowawczyni nas poinformowała. Wiedziałam, że kiedyś do tego dojdzie... Był podejrzanie chudy i zawsze rozkojarzony, gdzieś daleko w swoim, być może lepszym świecie... Jutro po lekcjach planuję go odwiedzić z dwoma innymi kolegami, o ile się uda. Paradkos leży jednak w fakcie, że powinno mnie to zniechęcić do wznawiania odchudzania, może to jakiś znak czy coś... Ale, choć jest mi go cholernie żal, to jednak mnie to nie powstrzymuje. Przecież ja mam kontrolę... prawda?
Bilans: 340 kcal