I trochę nie mam już tutaj co pisać. Normalna nigdy nie będę, to wiem i jakoś szczególnie ładna i zdolna też nie. To nie znaczy, że się nie staram, ale motywacja umarła jakoś w połowie drogi. Nie wiem, czy jestem szczęśliwsza. Może tak, bo teoretycznie mam sporo ludzi wokół siebie, którzy uważają mnie za kogoś "fajnego", a nawet podejmują ryzyko dzielenie się sekretami. Sekret za sekret - uczciwa wymiana. Pytanie tylko - na ile to wszystko trwałe? Ile wytrzymają te uśmiechy? Nie wiem. Ale wiem, że na razie wszystko się trzyma. Oprócz szkoły, bo tam jak zwykle często czuję się głupsza i jakaś taka pokraczna. Ale tak już chyba być musi, bo przez tyle lat, choć zmieniłam się na lepsze, niewiele dobrej karmy wróciło tak naprawdę. A już na pewno nie w sprawach rodzinnych, o nie, ale nie o tym dziś. Zastanawiam się, jak u licha ja potrafię śmiać się jak debil z największych bzdur pół dnia, kiedy jestem wśród ludzi, pocieszać ich, być świątynią optymizmu, ale po najmniejszej porażce od razu czuć się jak bezwartościowe gówno i powtarzać w myślach "ty mała, głupia kurwo"? Jak tak można? Dlaczego w dzień odruchowo moja twarz rozciąga się w irytująco radosnym grymasie, a nocami myślę o tym, że do związku z kimkolwiek takie coś jak ja się nie nadaje i płaczę w poduszkę? Skąd ja ten optymizm dla innych biorę, a dla siebie nie zostawiam?
Nie rozumiem. Zresztą, jutro idę do psychiatry. W ogóle to mam arytmię serce. Fajnie, nie? Napadową. I coś jeszcze. Potrzebuję leków. Chcę leków. Czuję się dziwnie. Nieswojo. Chyba kończę z tym blogiem, bo to bez sensu, ciągnąć to wszystko jak wóz z węglem.
Tak na wszelki - do widzenia!
Appetite for destruction.
wtorek, 15 września 2015
wtorek, 2 czerwca 2015
Nie wiem, jak się czuję
Chcę wyrzygać wszystko, co zjadłam.
Zawsze będę nie dość dobra, nawet, gdy osiągnę to, co chcę.
Bez sensu.
[EDIT] Godzina intensywnych ćwiczeń za mną - leżę spocona jak świnia, ale chyba warto. Inaczej bym zwariowała, siedząc.
Zawsze będę nie dość dobra, nawet, gdy osiągnę to, co chcę.
Bez sensu.
[EDIT] Godzina intensywnych ćwiczeń za mną - leżę spocona jak świnia, ale chyba warto. Inaczej bym zwariowała, siedząc.
czwartek, 21 maja 2015
Dobijalnia.
Jest stabilnie.Nie, cholera.. Niezupełnie. Zastanawiałam się, czy w ogóle tu wracać. Wróciłam.
Nie osiągnęłam zbyt wiele przez tyle czasu. Czy to dobrze o mnie świadczy? Raczej nie.
Kurwa, bardzo nie. Bo wiecie co? Był taki czas, że zrezygnowałam. Ale to był błąd. Myślałam "Chuj, i tak nikt nie pokocha takiego czegoś jak ja. Twarzy paznokciami nie zedrę." Głupie, nie? Ale naprawdę tak myślałam. Właściwie... myślę nadal. Ale spróbuję inaczej. Po raz tysięczny. Dla zasady. Bo znów gdzieś na dnie duszy się nienawidzę. A większość dni się śmieje, bo otaczają mnie życzliwi ludzie. Czego chcieć więcej, zapytacie...
No właśnie. Ja chcę więcej. Zawsze chciałam. Nadal chcę. Potrzebuję. Muszę mieć zdrowszy umysł i ciało... i kogoś na własność, kto będzie mnie tulił zanim zasnę.
Bilans: 785 kcal
[EDIT] Bilans piątkowy: 1000 kcal
niedziela, 18 stycznia 2015
Mobilizacja.
Czas na kolejną mobilizację. Odgrzebię stare zwyczaje żywieniowe choć trochę. "Unormowałam się", ale nie jest mi z tym dobrze. Skrajności. Ech.
Wszystko, co nie styka się z tym brudnym, mętnym światem tu na dole jest lepsze. piękniejsze i ciekawsze. Ale to też tylko moje zdanie.
PS. Zauważyłam, że ten blog z dietowego przerodził się tylko w moje wyżalania. Czas to zmienić? Być może.
Wszystko, co nie styka się z tym brudnym, mętnym światem tu na dole jest lepsze. piękniejsze i ciekawsze. Ale to też tylko moje zdanie.
PS. Zauważyłam, że ten blog z dietowego przerodził się tylko w moje wyżalania. Czas to zmienić? Być może.
sobota, 10 stycznia 2015
Intovertic mess.
Od poniedziałku do piątku żyję na waflach ryżowych, jogurtach, jabłkach + domowe obiady. W weekend pozwalam sobie na bułkę z szynką, odrobinę słodkości, ale z umiarem. Tylko tyle, żeby nie zwariować. Choć wariuję i tak. Stres, stres, stres. Szkoła mnie dobija. Nienawidzę zaciętych twarzy patrzących na mnie jak na niespełna rozumu, jak na trzęsącą się kupkę głupoty - bardzo nędzną i irytującą. A nauczyciele tak patrzą. Nie wszyscy, ale niektórzy. Dziś ładna pogoda. Znaczy się... Nie, nieładna dla reszty ludzi. Dla mnie czarne chmury i deszcz to piękna sceneria. Poszłam na spacer i wdychałam zapach mokrego igliwia. Wiatr smagał po twarzy i nogach, ale co tam. Kiedy się przejaśniło, między czernią wykwitły różowe smugi. Pięknie było. Wróciłam i znów mój introwertyczny tryb życia - czytanie, pisanie, rysowanie. Najlepiej mi tak.
poniedziałek, 8 grudnia 2014
Kill me, just kill me now.
Boże, czemu ludzie są tak popieprzeni. Kurwa. Czemu? Zjadłam 800-900 kcal i co z tego? Już nawet to mnie nie obchodzi. Chcę iść do szpitala, chcę żeby wypisali mi zwolnienie z życia... Mam dość. Naprawdę. Mam dość. Poddaję się, jeśli chodzi o moją rodzinę. Były próby? Były. Gówno wyszło. A teraz wina jest już tylko po jednej ze stron. I w dupie mam, co się stanie. Mają się pogodzić i mnie kurwa nie obchodzi jak. To nie moja mama jest wszystkiemu winna. Fałszywy obraz człowieka. Oskarżenia oskarżeniami, ale większość z nich nie ma podstaw. Na ogarnięcie to już za późno. Wewnętrzne patologie emocjonalne, A pierdoleni profesorowie w szkole też mi niczego nie ułatwiają. Przecież to normalne traktować kogoś jak autystyczne dziecko.
piątek, 5 grudnia 2014
Czy dni mijają, czy to ja mijam?
Ja nic już nie wiem. Wszystko jest popieprzone, jak było. Nieszczególnie się coś zmienia. A w każdym razie nie zauważam tego. No, poza tym, że jem codziennie mniej więcej równo 1200 coś tam kcal albo i 1300, ale to już za dużo. To pewnie w ogóle dużo, ale rozplanowane w 5 posiłkach aż tak nie straszy, poza tym jakoś wybitnie nie tyję, o dziwo. Chociaż tyle. Dzięki, Boże. Chociaż tyle... Bo w sumie ogólnie to nie zmieniłam się ani trochę i moje otoczenie też nie - takie odnoszę wrażenie. Okazjonalnie bywam zbyt wredna, ale kurczę.. z czegoś mi się ta wredota wzięła i nie sądzę, żeby to była całkowicie moja wina, o nie. Tego już mi nikt nie wmówi, a wmawiają wiele rzeczy. Zbyt wiele, żeby mnie to nie denerwowało. Zamknijcie mnie gdzieś, gdzie nie ma szkoły, problemów w rodzinie i zakichanych świąt, które znowu w tym roku będą nieudane. Bo to już za dużo szczęścia dla mnie, wiadomo. Nie zasłużyłam. Rozumiem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
