I trochę nie mam już tutaj co pisać. Normalna nigdy nie będę, to wiem i jakoś szczególnie ładna i zdolna też nie. To nie znaczy, że się nie staram, ale motywacja umarła jakoś w połowie drogi. Nie wiem, czy jestem szczęśliwsza. Może tak, bo teoretycznie mam sporo ludzi wokół siebie, którzy uważają mnie za kogoś "fajnego", a nawet podejmują ryzyko dzielenie się sekretami. Sekret za sekret - uczciwa wymiana. Pytanie tylko - na ile to wszystko trwałe? Ile wytrzymają te uśmiechy? Nie wiem. Ale wiem, że na razie wszystko się trzyma. Oprócz szkoły, bo tam jak zwykle często czuję się głupsza i jakaś taka pokraczna. Ale tak już chyba być musi, bo przez tyle lat, choć zmieniłam się na lepsze, niewiele dobrej karmy wróciło tak naprawdę. A już na pewno nie w sprawach rodzinnych, o nie, ale nie o tym dziś. Zastanawiam się, jak u licha ja potrafię śmiać się jak debil z największych bzdur pół dnia, kiedy jestem wśród ludzi, pocieszać ich, być świątynią optymizmu, ale po najmniejszej porażce od razu czuć się jak bezwartościowe gówno i powtarzać w myślach "ty mała, głupia kurwo"? Jak tak można? Dlaczego w dzień odruchowo moja twarz rozciąga się w irytująco radosnym grymasie, a nocami myślę o tym, że do związku z kimkolwiek takie coś jak ja się nie nadaje i płaczę w poduszkę? Skąd ja ten optymizm dla innych biorę, a dla siebie nie zostawiam?
Nie rozumiem. Zresztą, jutro idę do psychiatry. W ogóle to mam arytmię serce. Fajnie, nie? Napadową. I coś jeszcze. Potrzebuję leków. Chcę leków. Czuję się dziwnie. Nieswojo. Chyba kończę z tym blogiem, bo to bez sensu, ciągnąć to wszystko jak wóz z węglem.
Tak na wszelki - do widzenia!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz