wtorek, 27 listopada 2012

O suszonych owocach i wiedzy historycznej...

Dzisiaj był dziwny dzień. Dziwny, bo... no sama nie wiem. Po prostu był. Na polskim zaczęliśmy omawiać "Dywizjon 303" i miałam wreszcie okazję się choć trochę wykazać. Byłam zaskoczona, jak duże braki w historycznej wiedzy mają moi koledzy i koleżanki. No, żebym ja im notatki z lektury poprawiała to już szczyt wszystkiego! Z kolei na wuefie... jedynka. Zgadnijcie za co? Za rzut piłką lekarską! Pani nagle się przypomniało, że posiada jakąś cudaczną peerelowską tabelkę, według której powinna nas oceniać... Ech... Rzuciłam chyba coś koło 4,80 m. Za mało nawet na dwóję. Według "mądrej" tabelki, oczywiście - jakże by inaczej. Szczęściem w nieszczęściu, E. rzuciła o 10 cm bliżej ode mnie, więc mamy jedynki razem. Zawsze jakieś pocieszenie. Zamierzamy to poprawić, ale wątpię, żeby się udało - za słaba na to jestem. Nigdy nie potrafiłam dobrze rzucać, a co dopiero teraz... Jeszcze te blizny cholerne na udzie mnie bolą...

Dzisiaj odkryłam także dobroczynne właściwości suszonych owoców. Po powrocie z hiszpańskiego miałam ochotę coś przegryźć i pewnie byłoby to coś słodkiego, gdyby nie apetyczne, suszone jabłuszka na stole. Zjadłam kilka plasterków, głód minął, a mam tę świadomość, że zjadłam coś zdrowego i nie przekroczyłam limitu. :) No, idealnie. Chyba zadbam o to, żeby w domu zawsze były jakieś suszone owoce... A oto bilans:
- jogurt naturalny (100g) z otrębami orkiszowymi o smaku śliwki (140 kcal)
- mandarynka (40 kcal)
- sałatka Fit & Easy z mozarellą i pomidorami (281 kcal)
- kilka plasterków suszonego jabłka (ok. 35 kcal)
razem: 496 kcal + godz. wuefu w szkole

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz