"Każdy ma jakąś swoją prywatną szajbę. Jak się z nią włazi w paradę zbyt wielu ludziom, mówią na niego wariat."
Tak... Zaczęłam dziś od cytatu z "Ptaśka" Warthona, którego teraz czytam. Zaczęłam z mieszanymi uczuciami, ale im więcej odnajduję cytatów takich jak ten, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że to jednak nie takie głupie, jak sądziłam. Prócz tego... Wczoraj wieczorem znów się cięłam. Nie mogłam wytrzymać. Ta wściekłość na samą siebie aż we mnie kipiała... no i musiała znaleźć ujście. Znalazła. Niestety... Ech. Ja już się chyba zaczęłam przyzwyczajać do tego konkretnego rodzaju bólu... ot, przejedziesz żyletką - poboli, przestanie. Co w tym strasznego? Otóż, właśnie fakt, ze dla mnie to normalne. Jak w cytacie - to moja główna prywatna szajba, oprócz maniakalnej chęci bycia chudą. No, ślicznie. Ale przynajmniej diety dziś nie zwaliłam. Przynajmniej coś pozytywnego. Poćwiczyłam też na wuefie - półtorej godziny gry w siatkę powinno coś dać, przynajmniej na dzisiaj. A teraz bilans:
- płatki Frutina (30g) z mlekiem 1,5% (213 kcal)
- Activia do picia brzoskwiniowa z ziarnami (145 kcal)
- 6 miętowych Tic Taców (12 kcal)
- kromka chleba 7 ziaren z białym serem (130 kcal)
co nam razem daje piękne i równiutkie: 500 kcal ;) zaczynam odzyskiwać nadzieję i wracać do dawnego rytmu...
PS. Na wagę rzecz jasna rano nie weszłam. Tchórz. Spróbuje jutro. Może nie będzie tragicznie... Oby.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz