Wreszcie kupiłam sobie chrom. Pół opakowania, bo na całe nie było mnie stać... Ach, uroki życia... Ale 40 tabletek to i tak coś - staczy na dłużej, niż miesiąc przynajmniej. Zacznę brać od poniedziałku, kiedy ogarnę się na 200%. Mam nadzieję, że on mi w tym pomoże. Podobno przyczynia się do spadku wagi i reguluje przemianę cukrów w organizmie, przez co nie chce się jeść słodyczy ani podjadać między posiłkami. Myślę, że da to jakiś rezultat, jeśli będę do tego mało jadła i ćwiczyła bardziej regularnie. Muszę wreszcie ruszyć dupsko i zrobić coś z tą cholerną wagą! Sama jestem sobie winna, że dotychczas niewiele się zmieniło, ale nie mogę się poddawać. Nie mogę, dopóki nie osiągnę postawionych sobie celów. Rzucam samej sobie trzytygodniowe wyzwanie! Od poniedziałku do końca przyszłego tygodnia max 500 kcal, następny tydzień 400 kcal i potem 300 kcal, z ewentualnym przedłużeniem. Zrobię na blogu kalendarzyk brania chromu, żeby zawsze pamiętać i kontrolować jak długo już biorę. Teraz już nie mogę zawalić. Jeśli zawalę, będę musiała się ukarać. Może to mnie zmobilizuje... Muszę samej sobie postawić sytuację jasno - zeżresz coś niepotrzebnego, to się potniesz, grubasie! Potniesz się dwa razy głębiej i dwa razy boleśniej, niż ostatnim razem i koniec.
"Wytrwasz..." - szepcze mi Ana. Teraz jest miła i słodka, bo chce, żebym wróciła całkowicie na dobrą drogę, a nie tylko biegła niezdarnie po jej krawężniku, co chwila spadając... "Musisz wytrwać!" - jej głos staje się ostry, jak te żyletki, które chowam w kosmetyczce... "Wytrwasz, bo ja Ci tak karzę, pokraczna góro tłuszczu!" - wrzeszczy. "I nie ma, że boli, świnio! Ma boleć! Ma boleć, rozumiesz?!" Niezdarnie potakuję. Cóż innego mogę zrobić? To ona tu rządzi. To ona jest królową. Ja tylko jej nadwornym sługą, opasłym pucybutem Jej Wysokości Any. Ale to się zmieni. Zobaczycie. To się zmieni. Przyrzekam. Po raz kolejny - PRZYRZEKAM.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz