A skoro my przy marzeniach... Marzyć wolno, czyż nie? Więc ja sobie na chwilę obecną marzę: mniej testów próbnych i mniej wymagań, którym nie umiem sprostać, mniej tłuszczu w moim
środa, 12 grudnia 2012
Takiej daty już nie będzie.
12.12.12 - za rok już nie będzie tak niezwykłej daty. Szkoda tylko, że dziś nie zdarzyło się nic ciekawego. Nic. Zupełnie nic. Co mi po takiej magicznej, ostatniej w moim życiu powtórzonej dacie, skoro ona niczego nie zmienia? Nie zaliczyłabym tego dnia do całkiem udanych - no, może w połowie. Znowu mam próbne. Niech by szlag trafił pieprzone Ministerstwo Edukacji... Cóż, marzenia.
A skoro my przy marzeniach... Marzyć wolno, czyż nie? Więc ja sobie na chwilę obecną marzę: mniej testów próbnych i mniej wymagań, którym nie umiem sprostać, mniej tłuszczu w moimokropnym cielsku ciele, Wigilię mniej smutną, niż w zeszłym roku (i jeszcze w zeszłym...), mniej stresu i mniej rozczarowań. Wszystkiego mniej. Tylko pewności siebie więcej. Nie chcę, żeby zjadł mnie strach i niezaradność życiowa... To niefajne. Zdecydowanie...
A skoro my przy marzeniach... Marzyć wolno, czyż nie? Więc ja sobie na chwilę obecną marzę: mniej testów próbnych i mniej wymagań, którym nie umiem sprostać, mniej tłuszczu w moim
piątek, 7 grudnia 2012
Brak rozsądku - oto ja.
Znowu tytuł z myślnikiem. Uch. Cholera jasna, czuję się jak wieloryb i... Zaraz, zaraz! Znowu się zapominam. Nie, nie, nie... nie będę się wyzywać. Obiecałam to sobie. Choć pewnie jak każda moja obietnica na pustym słowie się skończy... Cóż, ważne, że próbowałam. Mój dobry nastrój wciąż jeszcze gdzieś jest, ale radość z jedzenia mikołajkowych cudów ulotniła się bezpowrotnie. Jest mi ciężko. Znowu. Cholera... Cholera! Czemu potrafię być zadowolona ze świata tylko przez dwa dni? Przez dwa, króciutkie dni... Nie rozumiem... Jedzenie znów przeradza się w wyrzuty sumienia. Au. One jedzą mnie żywcem. Spokój, paskudy! Siad! Jutro mnie gryźć nie będziecie - jutro tylko owsianka. Oczyszczę się ze zbędnych resztek i będzie dobrze. Może wypiję Xennę przed snem? Wiem, że znów będę umierać, ale co tam. Po prostu chcę mieć pewność, że nic z mikołajkowego obżarstwa we mnie zalegać nie będzie. I tyle. Trzymajcie się, ludziki. Guten nacht.
środa, 5 grudnia 2012
Dla odmiany - wpis pozytywny :)
Dzisiaj od samego rana jestem dziwnie... pozytywna. Tak! Nie przesłyszeliście się: POZYTYWNA. :) Nie wiem, czemu... Może dlatego, że jutro nocuję u bliskiej znajomej i strasznie się cieszę. ;) Dawno nie czułam się tak, jak dziś. Dopiero teraz uświadomiłam dobie, jak mi tego brakowało. Bardzo. Mój mózg rozpaczliwie krzyczał: "Endorfin! Błagam, więcej endorfin!". I się doczekał, skubaniec. Nie musi już zajadać złego nastroju. Ale muszę się wam przyznać, że dziś nie przykładałam szczególnej wagi do jedzenia - taka byłam zadowolona! Mimo to, mój bilans dziś wyniósł jakieś... 800 kcal? Coś koło tego, może niewiele mniej. W każdym razie, o dziwo uważam, że nie jest tak źle - ważne, że nie jest więcej, niż 1000, prawda? I tak nie wyrabiam mojej rzekomej "normy" żywieniowej, więc tragedii chyba nie ma. Zresztą, plusem jest, że nie zjadłam niczego niezdrowego - owsiankę, kanapki z szynką oraz duuużym pomidorkiem, chińskie warzywa z małymi lekkimi kluseczkami na ostro plus kilka mandarynek i jogurt owocowy. Sądzę, że wyszło mniej więcej tyle kcal, ile policzyłam. Poza tym uzgodniłam z mamą, że w weekend robię dwudniową dietę owsianą (lub, jak kto woli - owsiankową). Można na niej schudnąć nawet kilo w jeden dzień, co daje, jeśli dobrze pójdzie 2 kg w dół! :) Liczę na to. I chwała mojej mamie, że się zgodziła! Sądzę, że dla świętego spokoju, a poza tym uważa, że owsianka to bardzo zdrowy i sycący posiłek (co jest zresztą prawdą), więc... No, a z innej, beczki, to w szkole pijemy teraz herbatkę. :) Mamy w klasie czajnik elektryczny i mamy pozwolenie na gotowanie sobie na przerwach wody i robienie herbaty, kiślu, błyskawicznego budyniu, kaszy manny i co tam jeszcze... Hmm... kiedyś to wykorzystam do zjedzenia jakiejś owsianki. :> A sam pomysł jest świetny i godzien Nobla, albo co najmniej Oscara - gorąca herbatka we własnym kubeczku potrafi uprzyjemnić nawet matmę, wierzcie mi! ;) Trzymajcie się ciepło!PS. Sprawa świąt nadal mnie nie cieszy, ale nie będę psuć sobie tak pięknego dnia rozmyślaniem o tym. Pomyślę kiedy indziej. Może nie będzie tak źle...? Może...
wtorek, 4 grudnia 2012
Śniegu, won!

Dziś rano kiedy już wreszcie zwlokłam się z łóżka dwadzieścia po siódmej, podeszłam do okna i co widzę? Śnieg. -.- Owszem, lubię go, ale tylko jako wizualny element krajobrazu, czyli innymi słowy - jest ładny, ale więcej walorów nie ma. W każdym razie, jak dla mnie. Jest mokry, zimny i wstrętny. Fe! Nie lubię go i już. Zwłaszcza kiedy przeistacza się w roztopioną paćkę... Cóż, uroki zimy. Ale poza tym, mój poranek upłynął zadziwiająco powoli - może z faktu, że szłam do szkoły godzinę później, nikt mnie nie pospieszał i nie patrzył, jak jem i czy w ogóle jem (co swoją drogą jest zupełnie niedorzeczne, zważywszy ile np. wczoraj zeżarłam...). Tak więc siedziałam sobie spokojnie z kubeczkiem Jogobelli i herbatą, oglądając w telewizji jakieś pocące się na bieżni tłuściochy z Ameryki, które zdecydowanie poprawiły mi dzień i dały nową motywację. ^^ To w sumie dość zabawne, no nie? Oglądanie grubasów zawsze mi jakoś pomagało - cieszyłam się wtedy, z nie wyglądam aż tak okropnie, jak oni i kiedy tak patrzyłam, ile oni żrą, to mi się dosłownie jeść odechciewało.... Bilans:
- Jogbella Light wiśniowa (90 kcal)
- 3/4 mandarynki - bo mi zjedli... (24 kcal)
- 4 ciasteczka owsiane (180 kcal)
- 3 Tic Tac (6 kcal)
- sałatka warzywna (80 kcal)
razem: 380 kcal - not bad.
poniedziałek, 3 grudnia 2012
Wielkie słowa i wielkie postanowienia...
... ale później tchórzę. Zero głębszych myśli na dziś. Ile zeżarłam? 1320 kcal. Brawo, grubasie... Idź się powieś na sznurku kiełbasy.
sobota, 1 grudnia 2012
O grudniu ciąg dalszy i o smutnych świętach... Komu zależy, niech czyta.
Druga część dzisiejszego wpisu. Nie wiem czemu, ale nagle doznałam straszliwej potrzeby napisania tu jeszcze czegoś... Może dlatego, że dopiero teraz uświadomiłam sobie, że nadejście grudnia oznacza nadejście Bożego Narodzenia? Może dlatego, że święta nie są już dla mnie tym, czym były w dzieciństwie? Że nie czekam na nie z utęsknieniem, ale z pewnym swoistym lękiem? Zapytacie, czego się boję... Tego, że znowu będą to święta okropne okropnie smutne... Że będą jak zawsze. Jak zawsze od kilku(nastu) lat - bez cienia radości, bez uśmiechów, ze sztucznymi życzeniami i ukrytym gdzieś w głębi wszystkich pragnieniem, żeby wreszcie się skończyły. Nie wynika to bynajmniej z faktu, że mam gburowatych rodziców. Nie, nie - to całkiem inna sprawa. Pamiętam pierwsze najgorsze święta z mojego dzieciństwa - pamiętam, jakby to było wczoraj... Kiedy mieszkająca z nami babcia (ze strony taty) podczas Wigilii powiedziała, że nie będzie się dzielić opłatkiem z takimi podłymi ludźmi, jak my, bo za wiele przykrości ją w tym domu spotkało. Potem pamiętam już tylko krzyk, kłótnie, pamiętam swój płacz i to, ze mój brat mnie wtedy przytulił... I pamiętam, że mama mnie wtedy przepraszała. Nie wiem tylko za co. Przecież to nie była jej wina... To jej babcia zawsze wypominała wszystko, a najbardziej fakt, że kiedykolwiek śmiała się urodzić, przyjść do tego domu i zrujnować jej życie. Na to w każdym razie wychodziło. Zawsze wszystko było źle. Wszystko to była jej wina. Babcia... to słowo w ogóle do niej nie pasowało. Od tamtej Wigilii szczerze ją znienawidziłam. Aż dziwne, jak bardzo dziecko może nienawidzić... Drugą babcię za to kochałam nad życie - była wszystkim tym, czego nie miałam na co dzień - ciepłem, troską... i miłością. Tego pierwsza "babcia" nie miała. Ona miała egoizm. Miała swoje paranoje i hipochondrię. Nie kochałam jej. Modliłam się, żeby zniknęła z mojego życia żeby nigdy więcej nie było w domu kłótni i awantur, żebym nie wstydziła się zapraszać ludzi do domu, bojąc się, że "babcia" znowu z czymś wyskoczy. Kiedy zmarła... wiem, to podłe, ale poczułam ulgę. Skoro jej nie kochałam, nie mogłam czuć niczego innego... prawda? Byłam w piątej klasie! Paradoks? Może. Najwyżej pójdę do piekła... Co mi tam...
Co do zeszłych świąt... zeszłe święta spędziliśmy przy łóżku chorej babci - tej kochanej, tej drugiej. Płakaliśmy. Nie mogliśmy niczego przełknąć. Wytarta płyta z kolędami łkała żałośnie gdzieś w tle. Wszyscy wiedzieliśmy, że to nasze ostatnie wspólne święta z babcią. I tak też było. Zmarła 11 stycznia, o ile dobrze pamiętam. Strasznie to przeżyłam... Przy wszystkich udawałam silną, ale kiedy byłam sama często zamykałam się w łazience i płakałam...
A tegoroczna Gwiazdka? Nie zapowiada się lepiej... Moja mama już stwierdziła, że te święta tez będą smutne, bo spędzimy je w domu babci - z dziadkiem i wujem. Dziadek jest okropny. Zatruwał babci życie, tak jak "babcia" ze strony taty zatruwała je mojej mamie i nam. Niemalże w ten sam sposób. Nie wiem, czy chcę z nim spędzać Boże Narodzenie, ale chyba nie mam wyboru... Klamka zapadła. Jedziemy. Na dodatek mój brat pracuje w Wigilię - amerykański koncern nie uznaje wolnego nawet w to święto. Idioci... Znowu będziemy płakać. Znowu będzie smutno. Znowu pół wieczoru przesiedzę ze łzami w oczach na okiennym parapecie - tak, jak w zeszłym roku... Nienawidzę świąt. Zabierzcie je ode mnie... Nie chcę ich. Nie chcę...
Co do zeszłych świąt... zeszłe święta spędziliśmy przy łóżku chorej babci - tej kochanej, tej drugiej. Płakaliśmy. Nie mogliśmy niczego przełknąć. Wytarta płyta z kolędami łkała żałośnie gdzieś w tle. Wszyscy wiedzieliśmy, że to nasze ostatnie wspólne święta z babcią. I tak też było. Zmarła 11 stycznia, o ile dobrze pamiętam. Strasznie to przeżyłam... Przy wszystkich udawałam silną, ale kiedy byłam sama często zamykałam się w łazience i płakałam...
A tegoroczna Gwiazdka? Nie zapowiada się lepiej... Moja mama już stwierdziła, że te święta tez będą smutne, bo spędzimy je w domu babci - z dziadkiem i wujem. Dziadek jest okropny. Zatruwał babci życie, tak jak "babcia" ze strony taty zatruwała je mojej mamie i nam. Niemalże w ten sam sposób. Nie wiem, czy chcę z nim spędzać Boże Narodzenie, ale chyba nie mam wyboru... Klamka zapadła. Jedziemy. Na dodatek mój brat pracuje w Wigilię - amerykański koncern nie uznaje wolnego nawet w to święto. Idioci... Znowu będziemy płakać. Znowu będzie smutno. Znowu pół wieczoru przesiedzę ze łzami w oczach na okiennym parapecie - tak, jak w zeszłym roku... Nienawidzę świąt. Zabierzcie je ode mnie... Nie chcę ich. Nie chcę...
Witaj, grudniu...
Witaj i bądź dla mnie dobry. O nic więcej nie proszę...
Dziś rano pisałam drugi etap konkursu z polskiego. Porażka... Nie ma o czym mówić. Raczej nie przejdę dalej. Nie zdążyłam napisać dwóch poleceń, a nie jestem pewna, czy reszta była dobrze. No, cóż... Oto ja.
Co poza tym? Wczoraj w Biedronce kupiłam pyszny waniliowy napój sojowy Golden Soya. Smaczny. Jak dla mnie nawet lepszy, niż zwykłe smakowe mleko (którego nie piłam tak dawno, że ho ho...). Mniej słodki jest. Ale kalorie niestety ma... Jak w zasadzie wszystko.
Dzisiaj też miałam krótką rozmowę z tatą:
"Tato, zimno mi. Strasznie." "Zimno? Przecież w domu jest gorąco, kaloryfery grzeją." "No, ale mi jest zimno." I jaka padła odpowiedź? "Bo za mało jesz..." Jakże by inaczej... No i taka to była rozmowa. Potem zrobił bliżej nieokreśloną minę i szczęśliwie wrócił do oglądania skoków narciarskich. Moim zdaniem zjedzeniem góry pierogów udowodniłam, że jem raczej dużo, niż mało w tym momencie, ale... On ma swoje zdanie. Jak wszyscy... Już nawet poskarżyć się nie mogę bez komentarzy... Ech. Teraz bilans:
- chrupkie 2 kromki z tuńczykiem (85 kcal)
- kawa śniadaniowa z cykorią (2 kcal)
- kostka czekolady Milka (25 kcal)
- 2 niepełne szklanki napoju sojowego (280 kcal)
- pierogi z twarożkiem truskawkowym (360 kcal)
- mandarynka (40 kcal)
razem: 792 kcal - cóż, bywało gorzej...
Dziś rano pisałam drugi etap konkursu z polskiego. Porażka... Nie ma o czym mówić. Raczej nie przejdę dalej. Nie zdążyłam napisać dwóch poleceń, a nie jestem pewna, czy reszta była dobrze. No, cóż... Oto ja.
Co poza tym? Wczoraj w Biedronce kupiłam pyszny waniliowy napój sojowy Golden Soya. Smaczny. Jak dla mnie nawet lepszy, niż zwykłe smakowe mleko (którego nie piłam tak dawno, że ho ho...). Mniej słodki jest. Ale kalorie niestety ma... Jak w zasadzie wszystko.
Dzisiaj też miałam krótką rozmowę z tatą:
"Tato, zimno mi. Strasznie." "Zimno? Przecież w domu jest gorąco, kaloryfery grzeją." "No, ale mi jest zimno." I jaka padła odpowiedź? "Bo za mało jesz..." Jakże by inaczej... No i taka to była rozmowa. Potem zrobił bliżej nieokreśloną minę i szczęśliwie wrócił do oglądania skoków narciarskich. Moim zdaniem zjedzeniem góry pierogów udowodniłam, że jem raczej dużo, niż mało w tym momencie, ale... On ma swoje zdanie. Jak wszyscy... Już nawet poskarżyć się nie mogę bez komentarzy... Ech. Teraz bilans:
- chrupkie 2 kromki z tuńczykiem (85 kcal)
- kawa śniadaniowa z cykorią (2 kcal)
- kostka czekolady Milka (25 kcal)
- 2 niepełne szklanki napoju sojowego (280 kcal)
- pierogi z twarożkiem truskawkowym (360 kcal)
- mandarynka (40 kcal)
razem: 792 kcal - cóż, bywało gorzej...
Subskrybuj:
Posty (Atom)


