Druga część dzisiejszego wpisu. Nie wiem czemu, ale nagle doznałam straszliwej potrzeby napisania tu jeszcze czegoś... Może dlatego, że dopiero teraz uświadomiłam sobie, że nadejście grudnia oznacza nadejście Bożego Narodzenia? Może dlatego, że święta nie są już dla mnie tym, czym były w dzieciństwie? Że nie czekam na nie z utęsknieniem, ale z pewnym swoistym lękiem? Zapytacie, czego się boję... Tego, że znowu będą to święta
okropne okropnie smutne... Że będą jak zawsze. Jak zawsze od kilku(nastu) lat - bez cienia radości, bez uśmiechów, ze sztucznymi życzeniami i ukrytym gdzieś w głębi wszystkich pragnieniem, żeby wreszcie się skończyły. Nie wynika to bynajmniej z faktu, że mam gburowatych rodziców. Nie, nie - to całkiem inna sprawa. Pamiętam pierwsze najgorsze święta z mojego dzieciństwa - pamiętam, jakby to było wczoraj... Kiedy mieszkająca z nami babcia (ze strony taty) podczas Wigilii powiedziała, że nie będzie się dzielić opłatkiem z takimi podłymi ludźmi, jak my, bo za wiele przykrości ją w tym domu spotkało. Potem pamiętam już tylko krzyk, kłótnie, pamiętam swój płacz i to, ze mój brat mnie wtedy przytulił... I pamiętam, że mama mnie wtedy przepraszała. Nie wiem tylko za co. Przecież to nie była jej wina... To jej babcia zawsze wypominała wszystko, a najbardziej fakt, że kiedykolwiek śmiała się urodzić, przyjść do tego domu i zrujnować jej życie. Na to w każdym razie wychodziło. Zawsze wszystko było źle. Wszystko to była jej wina. Babcia... to słowo w ogóle do niej nie pasowało. Od tamtej Wigilii szczerze ją znienawidziłam. Aż dziwne, jak bardzo dziecko może nienawidzić... Drugą babcię za to kochałam nad życie - była wszystkim tym, czego nie miałam na co dzień - ciepłem, troską... i miłością. Tego pierwsza "babcia" nie miała. Ona miała egoizm. Miała swoje paranoje i hipochondrię. Nie kochałam jej. Modliłam się, żeby zniknęła z mojego życia żeby nigdy więcej nie było w domu kłótni i awantur, żebym nie wstydziła się zapraszać ludzi do domu, bojąc się, że "babcia" znowu z czymś wyskoczy. Kiedy zmarła... wiem, to podłe, ale poczułam ulgę. Skoro jej nie kochałam, nie mogłam czuć niczego innego... prawda? Byłam w piątej klasie! Paradoks? Może. Najwyżej pójdę do piekła... Co mi tam...
Co do zeszłych świąt... zeszłe święta spędziliśmy przy łóżku chorej babci - tej kochanej, tej drugiej. Płakaliśmy. Nie mogliśmy niczego przełknąć. Wytarta płyta z kolędami łkała żałośnie gdzieś w tle. Wszyscy wiedzieliśmy, że to nasze ostatnie wspólne święta z babcią. I tak też było. Zmarła 11 stycznia, o ile dobrze pamiętam. Strasznie to przeżyłam... Przy wszystkich udawałam silną, ale kiedy byłam sama często zamykałam się w łazience i płakałam...
A tegoroczna Gwiazdka? Nie zapowiada się lepiej... Moja mama już stwierdziła, że te święta tez będą smutne, bo spędzimy je w domu babci - z dziadkiem i wujem. Dziadek jest okropny. Zatruwał babci życie, tak jak "babcia" ze strony taty zatruwała je mojej mamie i nam. Niemalże w ten sam sposób. Nie wiem, czy chcę z nim spędzać Boże Narodzenie, ale chyba nie mam wyboru... Klamka zapadła. Jedziemy. Na dodatek mój brat pracuje w Wigilię - amerykański koncern nie uznaje wolnego nawet w to święto. Idioci... Znowu będziemy płakać. Znowu będzie smutno. Znowu pół wieczoru przesiedzę ze łzami w oczach na okiennym parapecie - tak, jak w zeszłym roku... Nienawidzę świąt. Zabierzcie je ode mnie... Nie chcę ich. Nie chcę...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz