Jutro poniedziałek. Przyjaciółka była. Bawiłyśmy się świetnie. Żarcie tez było. Niestety... Nie rozumiem czemu, ale ona prawie cały czas coś je, a talię ma tak cieniutką, że jejku! Nosi rozmiar XS/S, podczas gdy po zjedzeniu połowy pizzy i prawie całej paczki czipsów, idzie jeszcze po czekoladowe ciastka, bo jest głodna! Zazdroszczę takiej przemiany materii... A ona oprócz siłowni raz w tygodniu za wiele nie ćwiczy... Naprawdę zazdroszczę, ale cóż... Ona to nie ja. Ja jestem gruba i mnie tak jeść nie wolno. Koniec i kropka. Poniedziałek to dobry dzień by znów się ogarnąć. Tylko... ile jeszcze tego "ogarniania" mnie czeka? Do lata muszę być chuda. Albo przynajmniej szczupła... Osiągać jakiś cel... Chwilowo myślę, że 500/600 kcal w tym tygodniu będzie akurat. Jedzenie z dziś:
- serek Vitello z brzoskwiniami (248 kcal)
- pół kajzerki z serkiem Philadelphia Milka (180 kcal)
- rosół drobiowy z makaronem (288 kcal) - będzie
- jabłko (60 kcal) - będzie
razem: 776 kcal
niedziela, 10 marca 2013
sobota, 2 marca 2013
1000 kcal.
Okej, wczorajsza głodówka się udała. Od teraz mam plan ciut mnie radykalny - 1000 kcal. I tak do czwartku. W czwartek, piątek i pół soboty będzie u mnie przyjaciółka - E. Będę się kontrolować, to jasne, ale zakładam, że 1000 może zostać przekroczony... Niestety. Więc do czwartku. Dziś więcej kcal już nie będzie. Chyba. Bilans:- kajzerka z masłem Lurpak (328 kcal)
- 5 ruskich pierogów (436 kcal)
- garść słomki ptysiowej z cukrem (78 kcal)
- kawałek ciasta drożdżowego (150 kcal)
razem: 992 kcal (+ ewentualne jabłko = 1052 kcal)
piątek, 1 marca 2013
Brak jedzenia - brak wyrzutów.
Dzisiaj dzień bez jedzenia. Post. Nic nie zjadłam. Nic a nic. Od samego rana. Jestem taka dumna... Po ostatnim żarciu to.. to jest przełom. Cieszę się. W brzuchu burczy, ale to są fanfary - dla mnie. To nagroda za choć jeden dzień silnej woli. Czuję, że wracam na dobrą drogę. Nie chcę jeść. Nie dziś... Pierwszy dzień miesiąca zaczęty głodówką... Pięknie. Czy to dobra wróżba? Nie wiem... To się okaże.
środa, 27 lutego 2013
Środa.
Nie mam pomysłu na tytuł. Na nic nie mam czasu - nauka, nauka, nauka... Rzygam już... (Szkoda, że naprawdę nie rzygam - przydałoby mi się -.-). Mój okropny bilans z dzisiaj:
- jogurt naturalny z otrębami orkiszowymi (130 kcal)
- Milka Caramello niecałe - 4 kostki (144 kcal)
- ciastka Pieguski (383 kcal)
- 2 pierogi z mięsem bez sosu (164 kcal)
- miseczka barszczu ukraińskiego (153 kcal)
- surówka (30 kcal)
razem: 1004 kcal
Nie byłoby tragedii, gdyby nie te słodycze. Ech. Ale to i tak mniej kcal, niż ostatnio. Prawie 1000. Prawie...
- jogurt naturalny z otrębami orkiszowymi (130 kcal)
- Milka Caramello niecałe - 4 kostki (144 kcal)
- ciastka Pieguski (383 kcal)
- 2 pierogi z mięsem bez sosu (164 kcal)
- miseczka barszczu ukraińskiego (153 kcal)
- surówka (30 kcal)
razem: 1004 kcal
Nie byłoby tragedii, gdyby nie te słodycze. Ech. Ale to i tak mniej kcal, niż ostatnio. Prawie 1000. Prawie...
poniedziałek, 25 lutego 2013
Zawalam, zawalam, zawalam...
Porażka na całej linii. Dzisiaj cholerne 1300 kcal i zero ćwiczeń... Ja nie wiem, co się ze mną porobiło, ale chcę z powrotem do Any! Z nią było mi lepiej... Przecież żarciem się nie uszczęśliwię... a jeśli już to na chwilę, bo potem spojrzę w lustro i znów pomyślę "Boże.. co za grubas! Jaka ohyda!" i znów po przyjęciu wykradnę cudzy aparat, żeby pousuwać prędko swoje obrzydliwe zdjęcia... To żałosne. Nie mogę tyle żreć... Przecież utyłam... całe 2 kilo! Jak ja tak mogę? No jak?? Muszę się ogarnąć. Muszę. Dlaczego już nic mi nie wychodzi? Dlaczego smęcę zamiast się chwalić? Nie tak miało być... Nie tak... Cholera. A z innej beczki... W weekend prostuję włosy. Te moje kudły doprowadzają mnie do szału. I to chyba tyle na dziś... Żegna Was idiotka jakich mało...
piątek, 15 lutego 2013
Noc.
Jest noc. Czuję się lepiej. Dziś znów miałam gości. To miłe. Odgniotłam sobie żebra, leżąc z nimi na podłodze. Nie wiedziałam, że moje zebra są aż tak blisko skóry...
środa, 13 lutego 2013
Gorączka, ból, łóżko... mój świat?
Chyba los nie chce, abym w tym roku zbyt często ruszała się z domu... Chyba. Na to wygląda... Wczorajszej nocy nie przespałam ani trochę - najpierw sama z siebie (i po części przez ataki kaszlu), a od 5 rano przez 39 stopni gorączki, która utrzymywała mi się jeszcze przez połowę następnego dnia. Przyszła lekarka, jak zwykle stwierdziła, że to przecież nic takiego, wypisała leki, poszła... Wróciłam do łóżka. Tej nocy spałam. Niespokojnie, ale spałam. Wciąż kaszlę. Duszę się. Faszeruję lekami. Jest mi samotnie. Chcę wrócić do przyjaciół... Wiem, że radzą sobie beze mnie (no, może z wyjątkiem E., która poza mną za wielu przyjaciół nie ma...), ale mnie i tak ich brak. Kiedy pomyślę, ile rzeczy mnie teraz mija... Ech. Mnie się już odechciało chorować, naprawdę... Prawie nic nie jem. I tak jestem gruba. Nie jem, bo choroba odbiera apetyt. Normalnie już bym żarła jak zawsze. Rodzice zmuszają mnie, żebym jadła. Nawet choroba nie jest dla nich wymówką... Mam ultimatum - albo jem, albo nie biorę leku na gorączkę, którego na czczo się nie bierze i się męczę. Więc wpycham w siebie to jedzenie, a ono rośnie mi w ustach... Umieram. Idę spać. Czekam na E. Dziś też przyjdzie. Kochana... Ona pamięta...
PS. Jutro walentynki. Cholera.
PS. Jutro walentynki. Cholera.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
