wtorek, 20 listopada 2012

Geneza wariactwa i nie tylko...


„Może wariaci to tacy ludzie, którzy wszystko widzą tak, jak jest, tylko udało im się znaleźć sposób, żeby z tym żyć.” No właśnie. Może. Może wariatem jestem ja? Ba, na pewno.Tak w ogóle, to aż niepojęte, jaka każdego dnia jestem zmęczona! Jakbym nie spała kilka dni albo więcej. A przecież śpię. Dużo śpię, bo to jedyny moment, kiedy mogę odpocząć, rozluźnić się, zapomnieć o świecie i rozkoszować się snem oraz rozmaitymi wytworami mojej głowy. To może wydawać się śmieszne, ale pierwszą myślą po wstaniu z łóżka jest, aby kolejny dzień po prostu nawet nie przeżyć, lecz przeegzystować i znowu pójść spać. Bez sensu, nie? Ale tak jest. Ostatnio budząc się mam bardzo dziwne uczucie, zwłaszcza wtedy, kiedy pobudka przerywa sen. To takie... uczucie odrealnienia... no nie
wiem, jak to nazwać... Zastanawiam się, skąd to coś się wzięło i czy ma zamiar zostać na dłużej. W sumie byłoby kolejnym dziwactwem do kolekcji, obok rozmów z Aną w mojej głowie, cięcia się i początków fobii społecznej czy nie wiem tam czego. Może nawet nie początków. Już dawno stresowała mnie obecność niektórych obcych ludzi, zwłaszcza w moim wieku. Wystarczyło ich dziwne spojrzenie czy uśmiech, bym zaczęła przypuszczać, że śmieją się ze mnie, że zaraz zaczną coś komentować i  że najlepiej, gdybym była już w domu. Taka mała paranoja. Pewnie ma swoją genezę już w podstawówce, kiedy bałam się wychodzić na przerwy, bo starsi mnie zaczepiali, szturchali i przezywali. Mieli ze mną nie mały kłopot nauczyciele, bo kiedy chcieli mnie wyprowadzić z klasy na korytarz, zaczynałam się szarpać, płakać i próbowałam przekonać ich, żeby mnie zostawili w klasie, a kiedy to nie działało, musieli znosić fakt, że chodziłam za nimi krok w rok lub stałam pod drzwiami klasy. Bo się bałam. Te wszystkie śmiechy, spojrzenia... nadal to pamiętam. Chyba od tego się zaczęło... Miałam przecież tylko 7 lat, a już zdążyli mnie zastraszyć, no brawo! Ludzie to jednak paskudne stworzenia. I ponoć tylko wariaci są coś warci. Cóż, chciałabym w to wierzyć... Moje dzisiejsze jedzenie:
- chleb razowo-owsiany z żółtym serem, szynką z indyka i pomidorem (180 kcal)
- jabłko (60 kcal)
- chleb na maślance i żurku z białym serem (150 kcal)
- zupa pomidorowa z trzema łyżkami ryżu (175 kcal)
razem: 565 kcal - szału nie ma...

poniedziałek, 19 listopada 2012

Gąsienica zeżarta przez strach.

Czuję się jak mała, gruba gąsienica w ohydnym kokonie, skryta przed światem, nieśmiała, wiecznie czekająca na cudowne przeobrażenie w motyla... Na przemian tracąca nadzieję i ją odnajdująca, by ponownie ją stracić... Mała, puchata gąsieniczka z nerwicą. Tak... To takie wzruszające, czyż nie? Ale gąsieniczka nie może się nad sobą użalać i wzruszać, choć namiętnie lubi to robić, bo inaczej wciąż będzie siedziała w kokonie, bojąc się wyjść do świata. Do wielkiego świata - zbyt wielkiego dla małej gąsieniczki, drobnego, życiowo nieudolnego stworzonka, które wiecznie potrzebuje pomocy, nawet, jeśli wcale jej nie chce. Zbyt się boi, by samodzielnie funkcjonować. A co jeśli nigdy nie otworzy kokonu? Co jeśli nigdy z niego nie wyjdzie? Cóż, na wieki pozostanie brzydkim robalem... Dobra, koniec przypowieści o gąsienicy. Co u mnie? Po staremu. Ani w tą, ani w tą. Nic się nie rusza. Z wagą tak samo. Nie wiem, czy się cieszyć, czy nie. Z jednej strony nie utyłam po ostatnim obżarstwie, ale... mogło być lepiej. Mea culpa. Jak zawsze. Na dodatek czuję, że tracę kontakt z osobami, z którymi wcale tego kontaktu tracić nie chcę... Ostatnio miałam długą rozmowę z przyjaciółką. Dowiedziałam się kilku nowych rzeczy o sobie, albo raczej... uświadomiłam sobie, że staczam się coraz bardziej. Nieświadomie zamykam. Zresztą, zobaczcie co napisała: "Cały tydzień się nie odzywasz, ciągle nie masz od września czasu się spotkać, a teraz jeszcze boisz się wychodzić i po prostu mnie to irytuje". Irytuje, tak...? Cóż... Przyjaźń ze mną to nader trudna rzecz... Mało kto potrafi ze mną wytrzymać. Każda "przyjaźń", jaką pamiętam sypała się jak domek z kart. Nie chcę, żeby teraz też tak było... Czy to moja wina, że do reszty wariuję i samotność, mój dom, mój pokój stały się jedynym synonimem bezpieczeństwa? Od pewnego czasu boję się sama wychodzić. Jeśli chodzi o dojazd autobusem do szkoły, to nie jest tak źle, bo mama i tak upiera się, żeby odprowadzić mnie na przystanek, a autobus podjeżdża tuż pod samą szkołę i w samej szkole też niezgorzej, bo wszystkich ludzi znam, ale... już nigdy nie pójdę sama na spacer. Nigdy. Zbyt wielu ludzi mnie zaczepia, śmieje się, szturcha. Jestem bezbronna. I nienormalna prawdopodobnie. Łatwo mnie zastraszyć. Zbyt łatwo. Ech... życie. Co dziś zjadłam?
- pół szklanki mleka 1,5% z płatkami Mlekołaki (175 kcal)
- jabłko (60 kcal)
- 2 kotlety z kaszy jęczmiennej i gotowana kapusta kiszona (230 kcal)
- 3 łyżeczki serka waniliowego Jana (30 kcal)
razem: 495 kcal + 2 godz. siatkówki w szkole

wtorek, 13 listopada 2012

Niech szlag to wszystko trafi!

Dlaczego ja do cholery nic nie robię, tylko żrę?? Żrę jak świnia! Cały czas! Boże... jestem największą chodzącą porażką... Nienawidzę się! Nienawidzę, a co śmieszniejsze... nadal jem! Coś wewnątrz mówi mi, żebym jadła i jest głośniejsze od Any. I to jest złe. Okropne! A ja nic z tym nie robię... Nic tylko położyć się i umierać. Najlepiej kurwa z kubłem lodów!! -.- Nienażarte prosię... Wybaczcie, ale wrócę tu, kiedy się ogarnę. Nie jestem godna, żeby być tu z Wami... Przepraszam...

wtorek, 6 listopada 2012

Bum. Jutro wycieczka.

Nie wiem, po co to "bum" w tytule, ale jest fajne, więc niech zostanie. Ładnie tam wygląda. Bardzo na miejscu - odwrotnie, niż ja. Ja rzadko kiedy jestem "na miejscu"... Jutro jedziemy z klasą na wycieczkę do Poznania. Kawałek drogi, ale nie aż tak... Ujdzie. Przynajmniej mój plan może się powieść... Plan o niejedzeniu, oczywiście. Tak, jestem cholernie uparta i muszę wreszcie się przegłodzić no... Czuję gdzieś głęboko taką potrzebę... Uznałam, że wystarczy, ze się wymknę bez śniadania, albo jak już kiedyś robiłam - będę niepostrzeżenie wypluwać kęsy kanapki. Może i to jest trochę... niesmaczne, ale z pewnością nie bardziej, niż wymioty, których unikam. Próbowałam rzygać trzy razy w wakacje i powiem szczerze, że mnie się to zwyczajnie nie opłaca... Nie umiem tego robić. Tylko ten ostatni raz wyszedł jako tako, ale do kibla poszła baaardzo mała cząstka tego, co wtedy zjadłam, a siedziałam w łazience z 40 minut... Akurat nikogo nie było domu. Mimo wszystko, to jednak nie dla mnie. Wolałabym już przeczyszczenie albo nie jeść nic następnego dnia. No, w każdym razie jutro rano jakoś dam radę (mam nadzieję) a potem już powinno być łatwo - zabiorę dużo picia (wodę, kawę w termosie i colę light), kanapki wyrzucę alb komuś oddam, a na miejscu nie będę żarcia kupować nigdzie, także już z górki będzie... Brzmi to zbyt optymistycznie, wiem, ale może się uda. Może. Najwyżej zjem jakieś mikroskopijne śniadanko w granicach 100 kcal i potem już nic... Zobaczymy. No, a poza tym... hm... na wuefie dostałam 4. Z biegania. Jestem generalnie przeciętniakiem, jeśli chodzi o sport. Bardzo przeciętnym przeciętniakiem. Ale przywykłam. Chociaż teoretycznie idzie mi lepiej, niż kiedyś, ale nadal słabo. Cóż, na więcej chwilowo mnie, jak widać, nie stać i już. W szkole miałam też krótką, aczkolwiek... niezbyt ciekawą rozmowę. Pewna osoba przyuważyła mój plaster na udzie w przebieralni, przed wuefem... No i padło pytanie "Znowu się tniesz?", na co ja spuściłam głowę i mruknęłam "Tak...". Dostałam prostą odpowiedź - "Idiotka." Słusznie. Idiotka. Jestem idiotką. Wiem. Wiem, cholera... I na razię nie umiem tego zmienić. Jak wielu innych rzeczy... Co dziś zjadłam?
- owsiankę NesVita malinową (197 kcal)
- jabłko (60 kcal)
- zupę kapuścianą (80 kcal)
razem: 377 kcal - jest dobrze, nawet bardzo. Pociesza mnie to.

poniedziałek, 5 listopada 2012

Każdy ma swoją prywatną szajbę.

"Każdy ma jakąś swoją prywatną szajbę. Jak się z nią włazi w paradę zbyt wielu ludziom, mówią na niego wariat."


Tak... Zaczęłam dziś od cytatu z "Ptaśka" Warthona, którego teraz czytam. Zaczęłam z mieszanymi uczuciami, ale im więcej odnajduję cytatów takich jak ten, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że to jednak nie takie głupie, jak sądziłam. Prócz tego... Wczoraj wieczorem znów się cięłam. Nie mogłam wytrzymać. Ta wściekłość na samą siebie aż we mnie kipiała... no i musiała znaleźć ujście. Znalazła. Niestety... Ech. Ja już się chyba zaczęłam przyzwyczajać do tego konkretnego rodzaju bólu... ot, przejedziesz żyletką - poboli, przestanie. Co w tym strasznego? Otóż, właśnie fakt, ze dla mnie to normalne. Jak w cytacie - to moja główna prywatna szajba, oprócz maniakalnej chęci bycia chudą. No, ślicznie. Ale przynajmniej diety dziś nie zwaliłam. Przynajmniej coś pozytywnego. Poćwiczyłam też na wuefie - półtorej godziny gry w siatkę powinno coś dać, przynajmniej na dzisiaj. A teraz bilans:
- płatki Frutina (30g) z mlekiem 1,5% (213 kcal)
 - Activia do picia brzoskwiniowa z ziarnami (145 kcal)
- 6 miętowych Tic Taców (12 kcal)
- kromka chleba 7 ziaren z białym serem (130 kcal)
co nam razem daje piękne i równiutkie: 500 kcal ;) zaczynam odzyskiwać nadzieję i wracać do dawnego rytmu...
PS. Na wagę rzecz jasna rano nie weszłam. Tchórz. Spróbuje jutro. Może nie będzie tragicznie... Oby.

niedziela, 4 listopada 2012

Niech mnie szlag trafi! Błagam...


Żałosna. Tyle mogę teraz o sobie powiedzieć. Co gruba świnia robiła w dni wolne? ŻARŁA! Jak to świnia ma w zwyczaju... Czemu ja marzę o chudości, skoro przy każdej okazji żrę? Czemu ja w ogóle marzę? Mnie nic się nie należy. Absolutnie nic... Dobra, nie mogę się wiecznie nad sobą użalać, choć jak widac to właśnie wychodzi mi najlepiej... Mówię sobie: "Zapomnij. Jadłaś 2000 kcal dziennie zamiast 200 i trudno. Było, minęło. Za-po-mnij." Ale sama siebie nie słucham... Bo Ana mówi mi co innego. Mówi... nie, nie mówi - ona krzyczy. Wrzeszczy na mnie: "Ty opasła idiotko! Spójrz, co narobiłaś! To tak mnie szanujesz?! Żrąc ile dusza zapragnie?! Jak ci nie wstyd, grubasie! Utyjesz! Zobaczysz... Utyjesz!" I tak w kółko. Znienawidziła mnie. Całkiem zrozumiałe. Ja też siebie nienawidzę. Już od dawna, ale teraz jeszcze bardziej... Nie wiem, czemu tyle jem... Może dlatego, ze ciągle byłam w gościach, u rodziny, albo ktoś u mnie był... I mama upiekła ciasta, tatuś kupił lody, koleżanka sięgnęła po ciastko, więc ja też, a jakże... i tak to szło. I zbierała się kaloria do kalorii... Mam za swoje. Pierdolony grubas. Te napady mnie wykończą... Od jutra MUSZĘ, po prostu muszę się ogarnąć i nie ma innej opcji. Nie zostawię Any, nawet jeśli coraz bardziej się od niej oddalam. Ona wciąż jest ze mną, tylko strasznie mnie teraz nienawidzi. Zmienię to. Obiecałam jej. Od jutra (ach, jak nie cierpię tego sformułowania  -.-) będzie nie więcej, niż 500 kcal - czyli tak jak być powinno. Ciekawe, co rano waga pokaże... Boję się... Amen.

czwartek, 1 listopada 2012

Z kawą o poranku...


Uff... Nareszcie wróciłam do normy... i do Any rzecz jasna. :) Moim dzisiejszym śniadaniem była kawka z niepełną łyżeczką cukru (zwykła kawa + cukier daje nam jakieś 17 kcal) a potem herbata. Przede mną tylko obiad, a więc nie sądzę żebym zjadła dziś więcej, niż 200 kcal. :) Po wczorajszym fatalnym 1300 kcal muszę się naprawdę ogarnąć, ale czuję, że dziś mam wyjątkowo dobrą formę. ;) Chodząc po cmentarzach przy okazji trochę spalę... Mam nadzieję, że pod grobem babci się nie rozkleję, jak ostatnio... Ech, życzcie powodzenia. Trzymajcie się! ;*