Bo umiem i lubię być sama, ale to jest okropna pułapka, gdy zacznie ci być dobrzej samej. Uzależnisz się od głupich seriali. Zdziczejesz.

Więc dziczeję. Od ponad tygodnie leżę ze skręconą kostką i pomijając bardzo sporadyczne odwiedziny kogokolwiek, stwierdzam, że potrzebowałam tego. Czasu tylko dla siebie i nikogo więcej. Odkąd zauważyłam, że się zmieniam i chcę stać się lepszą sobą, mój dystans do niektórych ludzi i wspomnień z nimi związanych wzrasta szybciej, niżbym tego chciała albo się tego spodziewała. Ale czuję się z tym dobrze - przynajmniej w większości. Nie potrzebuję niektórych ludzi i choć brzmi to okrutnie, to prawda. Nie umiem nikomu powiedzieć wprost "wybacz, przeżyliśmy to i owo, ale przez ciebie robiłam rzeczy, których nie powinnam i teraz żałuję, więc wynocha z mojego życia, bo robię w nim porządek i dla ciebie nie ma w nim miejsca". No nie da się tak powiedzieć. A chciałabym. Ludzie tak mnie teraz denerwują, że wolę być czasem sama ze sobą i moim wymyślonym światem książek i seriali. Głupie? Na pewno. Ale tak jest. Czuję jednak wewnątrz palącą potrzebę oderwania się od "kiedyś" i oddalenia na tyle na ile to możliwe od osób, przez które zachowywałam się tak, a nie inaczej. Bo chcę być dobrą, porządną osobą. Śmieszne? Może. Nie obchodzi mnie to. Ja sama o sobie decyduję i już nie będzie tak, że rzucam się na ochłapy pseudo-uczuć od ludzi, którym nie zależy i poniżam się, bo jestem warta więcej. Jakkolwiek jestem daleka os całkowitej samoakceptacji, tak wiem, że to nie zainteresowanie ludzi jest miarą mojej wartości, ale ja sama i moje decyzje. Dlatego oddalam się od tych, których wpływ sprawił, że decydowałam pochopnie i źle. I tyle.
W psychologii jest takie pojęcie „błysk” to jest moment kiedy człowiekowi w głowie się wszystko zmienia, kiedy nagle dociera do niego cos co było oczywiste od lat, ale teraz nabrało innego wymiaru.