niedziela, 19 października 2014
Once upon a rainbow.
Doszłam własnie do ciekawych wniosków. Ogólnie mam wrażliwość człowieka jak najbardziej dojrzałego, (a nawet solidnie przejrzałego) ale cała reszta jest rozwinięta w równym stopniu, co mózg dziecka z podstawówki, które uderzyło się w głowę, gdy spadło ze schodów. Pewnie mam jakąś cholernie wielką dziurę w czaszce, przez którą wypływa mi zawartość śródmózgowia i od tego niechybnie głupieję. Może tak być. Zresztą, byłoby to dobrym wytłumaczeniem, dlaczego inni też tak twierdzą. Skąd wiecie, że nie mam mentalności chwiejnego, nierozgarniętego życiowo dzieciaka, który podejrzanie długo czuje się pokrzywdzony przez los, mimo iż powinien być bardzo, ale to bardzo szczęśliwy i wdzięczny za to, co mu Bozia dała? Ale niestety nie jest i tylko udaje, że jest fajny, bo tak naprawdę mało kto go za takiego uważa. Ale dzieciak postanawia mieć to dokumentnie w dupie. Poza tym pozbiera się jako tako i na nowo skurczy żołądek. Ostatni jadł różnie, więc niech cierpi. Cierpienie uświęca.
niedziela, 12 października 2014
Nie było mnie, a jestem.
Nie było mnie tutaj dwa miesiące i żyłam sobie swoim głupim, choć czasem znośnym i momentami radosnym życiem. Nawet przestałam przejmować się sobą aż tak, spychając to na drugi plan rzeczywistości. Może i psycha mi się wyleczyła, ale ciało nie. Dlaczego wróciłam? Bo dziewczyna mojego brata, niby to z ogromnej troski o mnie, napisała, "nigdy nie schudniesz". I po co to było? Dobrze, wiem. Jadłam "normalnie". Nieważne, że nie jadłam więcej, niż 1200-1300 kcal w przybliżeniu, a nawet jeśli sięgnęłam po coś mniej zdrowego, rekompensowałam to owsianką, owocami, kaszką, czymś zdrowym.Nie. Jestem świnią, która wpieprza, co popadnie. A skoro ona tak to widzi, to tak jest. I może ma rację, ale pisanie mi komentarzy, że ja oszukuję, że wcale siebie aż tak nienawidzę i ich wszystkich nabieram, żeby zwrócić na siebie uwagę czy coś... To przesada. Ale ona jest chuda, 3 kilo niedowagi, może mówić, co chce, a tłusty wieprz powinien słuchać i odstawić tą słodką kawę, która jest podwieczorkiem, a może kolacją.
Wróciłam, bo jestem beznadziejna, a za 5 miesięcy z kawałkiem osiemnastka. Świnia musi odejść od koryta. Choć mojej twarzy, która na jednym ze stu zdjęć wygląda mniej więcej dobrze i tak już nic nie pomoże.
A. I jeszcze jedno. Od jakiegoś czasu moja rodzina znów szaleje i pokłóciwszy się o pierdoły, nie jest w stanie się pogodzić. Brat i dziewczyna vs rodzice, czyli wzajemne odtrącanie wyciągniętej ręki. Mama płacze. Ja też płaczę, zanim zasnę. Nad mamą, nad sobą i nad wszystkim.
Ale przecież jest cudownie.
środa, 9 lipca 2014
Głosy w mojej głowie.
Stoję sama,
A za mną dziesiątki demonów
Zrodzonych z lęku.
Stoją tam,
Szczerzą swoje białe, podłużne kły
Gotowe do ataku.
Chcą mnie wykończyć,
Żerują na mnie.
Chcą mojego upadku,
Nie odpuszczą.
Gotowe wyłonić się z ciemności,
Będą się przypominały,
Gdy tylko o nich zapomnę.
poniedziałek, 30 czerwca 2014
Wszystko i nic.
Jestem dumna. Pomimo tego, iż planowałam nie jeść nic i tak udało mi się zmieścić w limicie. Koleżanka zrobiła mi jedzenie. Mogłam odmówić. I tak by nie posłuchała. Obawiam się, że uda mi się przetrwać tylko dwa tygodnie diety, bo potem jadę na tydzień do znajomych, a oni nie będą zbyt wyrozumiali, jeśli o jedzenie chodzi. Żadna wymówka, powiecie. Cóż, może i nie, ale jakoś nie widzę siebie mówiącej im: Dzięki za troskę, ale dziś na śniadanie jem wafla ryżowego"... A szkoda.
Bilans:
- pierniczek (58)
- 2 kromki chleba z serem, szynką i pomidorem (360)
razem: 418 / 500
Bilans:
- pierniczek (58)
- 2 kromki chleba z serem, szynką i pomidorem (360)
razem: 418 / 500
niedziela, 29 czerwca 2014
Próba małych kroków.
Dziś zjedzone: 750 kcal. Mniej, niż wczoraj. Jutro małymi kroczkami dojdę znów do 500, może zacznę ABC i będę żyć. Nie będę rzygać, obiecuję. Obiecuję ze skrzyżowanymi palcami. Będę żyć.
sobota, 28 czerwca 2014
Wszystko, co złe, wróciło.
Dzisiaj po raz pierwszy od... chyba roku znów rzygałam. Pozbyłam się tylko połowy kolacji, bo omal się nie udusiłam. To ohydne, wiem, ale z moją głową znów jest gorzej. Chcę wreszcie zaliczyć ABC. To ostatnia deska ratunku, bo nawet po rzyganiu wyjdzie mi dziś jakieś 1000 kcal... A ja wyglądam chyba gorzej, niż rok temu... Ostatnio jeździłam konno, ale efektu innego, niż ból mięśni póki co nie widzę. Ale to lato musi mi pomóc. Musi. Bo inaczej mnie czeka psychiatryk. Choć... pewnie i tak kiedyś się tak skończy. Głupia, smutna ja.
środa, 25 czerwca 2014
Nienawidzę. Nienawidzę. Nienawidzę.
To słowo, które tłucze mi się po głowie, kiedy patrzę w lustro. Co z tego, że ścięłam włosy, skoro wyglądam jak gówno? "Kiedy kobieta ścina włosy to znaczy, że zamierza zmienić swoje życie." Tak mówiła Coco Chanel. Ale moje życie jakoś ciągle tkwi w tym cholernym impasie... I nic się nie zmienia, poza ludźmi wokół. Ja świruję, naprawdę... Do szkoły już nie chodzę, bo po co? Siedziałam więc w domu i było mi smutno. Tak po prostu. Popatrzyłam w lustro i w pewnej chwili oczy nabiegły mi łzami. Tak po prostu. Patrzyłam i patrzyłam, aż bolały mnie oczy od tego widoku. Zaczęłam mówić sama do siebie, jak jakaś wariatka: "Wyglądasz jak gówno... Zobacz, zobacz jak wyglądasz! Pieprzona idiotka...." A potem szepnęłam: "Nienawidzę swojej twarzy..." i zaczęłam powtarzać jak opętana: "Nienawidzę, nienawidzę, nienawidzę!", wyciskając słowa razem ze łzami. Moje deklamacje zaraz utonęły w głośnym szlochu i żałosnym wyciu na krawędzi wanny z twarzą zasłoniętą rękoma. Rozmazywałam po twarzy resztki tuszu do rzęs, który tworzył na mojej jeszcze czerwieńszej i zapuchniętej twarzy czarne strumyczki. Starłam je rękawem i płakałam dalej przez dobre dziesięć albo więcej minut, aż zaczęło brakować mi powietrza. Wciąż mruczałam pod nosem "nienawidzę", jakby to miało być jakieś magiczne zaklęcie, które mogłoby mi pomóc. Dobrze, że nie biorę już do ręki żyletki, bo mogłoby się skończyć gorzej, niż przewidywałam.
Ale teraz wiem jedno. Jestem nienormalna i nie panuję nad swoimi emocjami. Biorąc również pod uwagę to, że dziś bardzo głupio zarobiłam mandat w autobusie, przez który, zobaczywszy jego kwotę też o mało się nie popłakałam przy tym cholernym kanarze. Za to popłakałam się z nerwów w domu. Nie wiem, dlaczego. Płaczę, kiedy się zdenerwuję. Płaczę, kiedy nauczyciel z mojego kochanego liceum na mnie krzyczy, albo... niekoniecznie krzyczy, ale daje do zrozumienia, że jestem głupim niedorozwojem. Płaczę, kiedy patrzę w lustro. Płaczę, kiedy przymierzam ciuchy w sklepie i po raz kolejny patrzę w lustro. Płaczę na filmach. Płaczę czytając. Płaczę, kiedy się modlę. Właściwie zawsze płaczę. Ale mam pewien sekret...
Robię to tylko, kiedy nikt nie patrzy.
Ale teraz wiem jedno. Jestem nienormalna i nie panuję nad swoimi emocjami. Biorąc również pod uwagę to, że dziś bardzo głupio zarobiłam mandat w autobusie, przez który, zobaczywszy jego kwotę też o mało się nie popłakałam przy tym cholernym kanarze. Za to popłakałam się z nerwów w domu. Nie wiem, dlaczego. Płaczę, kiedy się zdenerwuję. Płaczę, kiedy nauczyciel z mojego kochanego liceum na mnie krzyczy, albo... niekoniecznie krzyczy, ale daje do zrozumienia, że jestem głupim niedorozwojem. Płaczę, kiedy patrzę w lustro. Płaczę, kiedy przymierzam ciuchy w sklepie i po raz kolejny patrzę w lustro. Płaczę na filmach. Płaczę czytając. Płaczę, kiedy się modlę. Właściwie zawsze płaczę. Ale mam pewien sekret...Robię to tylko, kiedy nikt nie patrzy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


