środa, 9 lipca 2014

Głosy w mojej głowie.

Po środku ciemności
Stoję sama,
A za mną dziesiątki demonów
Zrodzonych z lęku.
Stoją tam,
Szczerzą swoje białe, podłużne kły
Gotowe do ataku.
Chcą mnie wykończyć,
Żerują na mnie.
Chcą mojego upadku,
Nie odpuszczą.
Gotowe wyłonić się z ciemności,
Będą się przypominały,
Gdy tylko o nich zapomnę.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Wszystko i nic.

Jestem dumna. Pomimo tego, iż planowałam nie jeść nic i tak udało mi się zmieścić w limicie. Koleżanka zrobiła mi jedzenie. Mogłam odmówić. I tak by nie posłuchała. Obawiam się, że uda mi się przetrwać tylko dwa tygodnie diety, bo potem jadę na tydzień do znajomych, a oni nie będą zbyt wyrozumiali, jeśli o jedzenie chodzi. Żadna wymówka, powiecie. Cóż, może i nie, ale jakoś nie widzę siebie mówiącej im: Dzięki za troskę, ale dziś na śniadanie jem wafla ryżowego"... A szkoda.

Bilans:
- pierniczek (58)
- 2 kromki chleba z serem, szynką i pomidorem (360)
razem: 418 / 500

niedziela, 29 czerwca 2014

Próba małych kroków.

Dziś zjedzone: 750 kcal. Mniej, niż wczoraj. Jutro małymi kroczkami dojdę znów do 500, może zacznę ABC i będę żyć. Nie będę rzygać, obiecuję. Obiecuję ze skrzyżowanymi palcami. Będę żyć.

sobota, 28 czerwca 2014

Wszystko, co złe, wróciło.

Dzisiaj po raz pierwszy od... chyba roku znów rzygałam. Pozbyłam się tylko połowy kolacji, bo omal się nie udusiłam. To ohydne, wiem, ale z moją głową znów jest gorzej. Chcę wreszcie zaliczyć ABC. To ostatnia deska ratunku, bo nawet po rzyganiu wyjdzie mi dziś jakieś 1000 kcal... A ja wyglądam chyba gorzej, niż rok temu... Ostatnio jeździłam konno, ale efektu innego, niż ból mięśni póki co nie widzę. Ale to lato musi mi pomóc. Musi. Bo inaczej mnie czeka psychiatryk. Choć... pewnie i tak kiedyś się tak skończy. Głupia, smutna ja.

środa, 25 czerwca 2014

Nienawidzę. Nienawidzę. Nienawidzę.

To słowo, które tłucze mi się po głowie, kiedy patrzę w lustro. Co z tego, że ścięłam włosy, skoro wyglądam jak gówno? "Kiedy kobieta ścina włosy to znaczy, że zamierza zmienić swoje życie." Tak mówiła Coco Chanel. Ale moje życie jakoś ciągle tkwi w tym cholernym impasie... I nic się nie zmienia, poza ludźmi wokół. Ja świruję, naprawdę... Do szkoły już nie chodzę, bo po co? Siedziałam więc w domu i było mi smutno. Tak po prostu. Popatrzyłam w lustro i w pewnej chwili oczy nabiegły mi łzami. Tak po prostu. Patrzyłam i patrzyłam, aż bolały mnie oczy od tego widoku. Zaczęłam mówić sama do siebie, jak jakaś wariatka: "Wyglądasz jak gówno... Zobacz, zobacz jak wyglądasz! Pieprzona idiotka...." A potem szepnęłam: "Nienawidzę swojej twarzy..." i zaczęłam powtarzać jak opętana: "Nienawidzę, nienawidzę, nienawidzę!", wyciskając słowa razem ze łzami. Moje deklamacje zaraz utonęły w głośnym szlochu i żałosnym wyciu na krawędzi wanny z twarzą zasłoniętą rękoma. Rozmazywałam po twarzy resztki tuszu do rzęs, który tworzył na mojej jeszcze czerwieńszej i zapuchniętej twarzy czarne strumyczki. Starłam je rękawem i płakałam dalej przez dobre dziesięć albo więcej minut, aż zaczęło brakować mi powietrza. Wciąż mruczałam pod nosem "nienawidzę", jakby to miało być jakieś magiczne zaklęcie, które mogłoby mi pomóc. Dobrze, że nie biorę już do ręki żyletki, bo mogłoby się skończyć gorzej, niż przewidywałam.

Ale teraz wiem jedno. Jestem nienormalna i nie panuję nad swoimi emocjami. Biorąc również pod uwagę to, że dziś bardzo głupio zarobiłam mandat w autobusie, przez który, zobaczywszy jego kwotę też o mało się nie popłakałam przy tym cholernym kanarze. Za to popłakałam się z nerwów w domu. Nie wiem, dlaczego. Płaczę, kiedy się zdenerwuję. Płaczę, kiedy nauczyciel z mojego kochanego liceum na mnie krzyczy, albo... niekoniecznie krzyczy, ale daje do zrozumienia, że jestem głupim niedorozwojem. Płaczę, kiedy patrzę w lustro. Płaczę, kiedy przymierzam ciuchy w sklepie i po raz kolejny patrzę w lustro. Płaczę na filmach. Płaczę czytając. Płaczę, kiedy się modlę. Właściwie zawsze płaczę. Ale mam pewien sekret...

Robię to tylko, kiedy nikt nie patrzy.

czwartek, 19 czerwca 2014

Gdyby szczęście było na wagę...

Miałabym go dużo. Ech, nieśmieszny żart. A tak całkiem poważnie... Mogłoby tak być. Moja mama potrzebuje szczęścia, a ma go już w sobie mało. Ja go czasem potrzebuję. Chociaż powinnam umieć sobie to szczęście i wdzięczność wytwarzać z każdym porankiem. Ale ja muszę to pochłaniać z otoczenia. Czasami mam za mało sił, aby być jak roślinka, która sama sobie wytwarza to, czego potrzebuje. Ale nawet ona nie przeżyje bez specjalnej troski i warunków. Tak jak ja nie mogę czasem przeprowadzić emocjonalnej fotosyntezy. I tak już chyba jest, no nie? Głupie rzeczy piszę ostatnio.

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Naprawdę potrzebuję psychologa.

Gdybym tylko miała więcej pieniędzy... Leczenie u psychologa, tudzież psychiatry jest drogie... Zbyt drogie. Ale inaczej będę żyła jak dwulicowy cień wewnątrz siebie - radosny, beztroski dla świata, a tak naprawdę strzęp nerwów. Gotowy pomóc innym, borykającym się z tym samym, a nie umiejący poradzić sobie ze sobą. Boże, pomóż... Modlę się, żebym mogła choć raz zobaczyć w sobie to, czego nie widzę albo nie chce widzieć. Myśli żrą mnie żywcem. Dobrze, że dawno temu wyrzuciłam żyletki. Jak dobrze....