Hej. Wybaczcie mi długą przerwę w pisaniu, ale było krucho z czasem - to raz, a dwa... cóż... zaniedbałam się. Właściwie... sama już nie wiem, czy jeszcze potrzebuję Any. Przestała być aż taka ważna. Zaczynam rozumieć dopiero teraz, jak wiele rzeczy posiadam... i ilu wspaniałych ludzi, których nie doceniałam. Może nawet odrobinę się lubię. Odrobinę. A w każdym razie wiem, że jestem na dobrej drodze. Nadal czuję się źle, kiedy jem więcej niż mi sie wydaje, że powinnam, ale... nie utyłam. Jadłam jak wszyscy. Kiedy mieliśmy w tym tygodniu wymianę z Holandią, jadłam ciastka, pizzę... I żyję. Nawet mogę powiedzieć, że odczuwam coś na kształt szczęścia. Poznałam cudownych ludzi z Holandii - nie miałam pojęcia, że są tacy... wyrozumiali. Złapaliśmy świetny kontakt. Jedna z dziewczyn wyznała mi nawet, że miała anoreksję. Teraz wygląda świetnie. Jest chuda, ale... w normalny sposób, powiedziałabym. Z tym, że nadal woli być głodna, niż jeść, ale stara się. Powiedziała mi, że to dla rodziny i przyjaciół. Dała mi sporo do myślenia. Nie wiem, czy przejdę znów na dietę. Jeśli tak, to 1000 kcal, nie mniej. Obiecałam to mojej najukochańszej osobie. Nie dotrzymywałam tego. Teraz dotrzymam. Chociaż po wczorajszej imprezie, kiedy wódka lała się hektolitrami, a ja schlałam się jak głupia i rzygałam pół dnia i pół nocy, schudłam (a przy okazji mam cholernego kaca), jakoś... nie wywołuje to takiej euforii jak dawniej. Nawet fakt, że zjadłam mniej niż 500 kcal z powodu mdłości. Widzę, jak bardzo się zmieniłam i zmieniam nadal. Aż trudno uwierzyć, że z "zeżartej przez strach gąsienicy" powstała poczwarka. Stałam się dość zadowolonym z życia, chodzącym na imprezy "okresem przejściowym". Kiedy przyjdzie czas na motyla? Zobaczymy. Trzymajcie się!
sobota, 19 października 2013
Nie jest źle.
Hej. Wybaczcie mi długą przerwę w pisaniu, ale było krucho z czasem - to raz, a dwa... cóż... zaniedbałam się. Właściwie... sama już nie wiem, czy jeszcze potrzebuję Any. Przestała być aż taka ważna. Zaczynam rozumieć dopiero teraz, jak wiele rzeczy posiadam... i ilu wspaniałych ludzi, których nie doceniałam. Może nawet odrobinę się lubię. Odrobinę. A w każdym razie wiem, że jestem na dobrej drodze. Nadal czuję się źle, kiedy jem więcej niż mi sie wydaje, że powinnam, ale... nie utyłam. Jadłam jak wszyscy. Kiedy mieliśmy w tym tygodniu wymianę z Holandią, jadłam ciastka, pizzę... I żyję. Nawet mogę powiedzieć, że odczuwam coś na kształt szczęścia. Poznałam cudownych ludzi z Holandii - nie miałam pojęcia, że są tacy... wyrozumiali. Złapaliśmy świetny kontakt. Jedna z dziewczyn wyznała mi nawet, że miała anoreksję. Teraz wygląda świetnie. Jest chuda, ale... w normalny sposób, powiedziałabym. Z tym, że nadal woli być głodna, niż jeść, ale stara się. Powiedziała mi, że to dla rodziny i przyjaciół. Dała mi sporo do myślenia. Nie wiem, czy przejdę znów na dietę. Jeśli tak, to 1000 kcal, nie mniej. Obiecałam to mojej najukochańszej osobie. Nie dotrzymywałam tego. Teraz dotrzymam. Chociaż po wczorajszej imprezie, kiedy wódka lała się hektolitrami, a ja schlałam się jak głupia i rzygałam pół dnia i pół nocy, schudłam (a przy okazji mam cholernego kaca), jakoś... nie wywołuje to takiej euforii jak dawniej. Nawet fakt, że zjadłam mniej niż 500 kcal z powodu mdłości. Widzę, jak bardzo się zmieniłam i zmieniam nadal. Aż trudno uwierzyć, że z "zeżartej przez strach gąsienicy" powstała poczwarka. Stałam się dość zadowolonym z życia, chodzącym na imprezy "okresem przejściowym". Kiedy przyjdzie czas na motyla? Zobaczymy. Trzymajcie się!
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
trzymam kciuki i gratuluję, bo wykonałaś ogromną pracę nad sobą!:*
OdpowiedzUsuńDziękuję, dziękuję... Rozumu wciąż nie mam za wiele, ale... idę w dobrym kierunku. <3
Usuń