Nic. Totalnie. Wewnątrz mnie przewala się na przemian, złość, smutek i frustracja. Znów źle spałam. Myślałam o tym, że nigdy już nikt mnie nie pokocha, bo ja się do tego zwyczajnie nie nadaję... Że moja była miłość-niemiłość znajdzie kogoś, a ja zostanę jak zwykle jak ta życiowa sierota. Niby już po części mam to w dupie, ale serce mówi, że nie całkiem. Wciąż wspominam i mnie boli łatwość, z jaką się wszystko posypało. Kurwa, nie tak miało być... Bezsensownie rozpamiętuję, a najlepsze jest to, że widząc tę osobę mam ochotę jednocześnie rzucić się w ramiona, wtulić i zapytać, czy możemy być razem raz jeszcze i równocześnie wykrzyczeć w twarz "Gówno mnie obchodzisz, nie rozumiesz?!". I jak to połączyć, co? No jak? Może powinnam poprzestać na tym, że to nieważne... Problem w tym, że nie umiem już być przyjacielem. Umiałam być dziewczyną. A że zostałam znów zdegradowana do tej mniej znaczącej roli, zamiast zachować dobre relacje, mogę je zepsuć, bo robi się ze mnie wredna suka. Przeszłam z jednej skrajności - bycia najukochańszą na świecie, do bycia podłą szmatą, która ma wszystko głęboko gdzieś. No, prawie wszystko... Nawet szmaty gdzieś tam czują. Nawet grube szmaty...Bilans: 500 kcal (w weekend miałam małe napady, muszę odrobić)





